ODRĘBNA KAT-EGORIA

Odrębna kat-egoria

Odrębna kat-egoria (1)

O babci Tekli w rodzinie niewiele się mówiło. Tylko raz się jednej ciotce wymsknęło, że „nie wszyscy faceci to świnie, ale za to czasem trafi się wyjątkowo wredny wieprz, który rzuci wielki cień na całe Twoje życie. Od tego momentu każdy, na którego spojrzysz, ma zamiast nosa ryj.” Takie właśnie było życie Tekli.
Usiadłem na skraju łóżka, a kiedy mnie dostrzegła, rzuciła we mnie pytaniem: „Jak można chcieć obudzić się ze snu ostatniej nocy?” Zamurowało mnie, bo bardzo dobitnie wówczas poczułem, że moje sumienie powinno się równie boleśnie rozżarzyć jak w jej oprawcy. Odkąd domyśliłem się, co musiała znieść w swoim życiu, miałem wrażenia, że w każdym spojrzeniu widzę moje ofiary. Musiała to właśnie teraz zrozumieć. Zadumała się i po chwili powiedziała: „Każdy zlituje się nad ofiarą, ale kto ma odwagę pochylić się na katem?”.
Poczułem gasnący dotyk jej dłoni, osuwającej się po moim przedramieniu. Zasnęła i naraz poczułem jakby z niej spłynął i rozlał się wkoło jakiś nietutejszy poblask przebaczenia. Nie zasłużyłem i nie byłem jego adresatem, ale tak bardzo zapragnąłem się do tego światła przytulić.

Odrębna kat-egoria (2)
Babcia Tekla miała specyficzny stosunek do własnego ciała. Traktowała je jak niefortunnie zakupione narzędzie lub ubranie.

Takie, którego każdorazowemu wykorzystaniu towarzyszą irytujące uczucia rozczarowania, zniechęcenia a nawet wstydu, skoro koszty zakupu zostały poniesione nieodwracalnie. Nie łatwo przed sobą i światem przyznać się do porażki. Dopóki przedmioty te pełnią cokolwiek użyteczną rolę, nie znajdujemy wystarczająco ważkich argumentów, by się ich pozbyć. Zmuszamy się zatem do używania młotka, który nazbyt często tylko pokracznie wygina gwoździe (zamiast je wbijać ) lub suknię, która osłania i zdobi ciało równocześnie je uwierając. Bardziej to jeszcze frustrujące, kiedy nasz rozsądek obiektywnie podpowiada, że to nie rzeczy są wadliwe, lecz to my nie potrafimy ich poprawnie zastosować lub dobrać do naszej figury.
Gdyby tak tylko można było to ciało a wraz z nim i los mój cały wymieniać na inne lub po prostu wyrzucić -myślała babcia – nie zawahałabym się nawet na moment. Wreszcie nadeszła ta długo i niecierpliwie oczekiwana chwila. Tekla po raz kolejny zgłosiła reklamację i owa w końcu została przyjęta.

Odrębna kat-egoria (3)
Kiedykolwiek spotykamy osobę dźwigającą dość pokaźny bagaż przeżytych lat, próbujemy z konstelacji bruzd na twarzy odczytać jakie miała życie lub może nawet trochę jakim stała się człowiekiem.

W końcu dochodzimy do wniosku, że chyba warto się dużo uśmiechać. Rzecz jasna nie chodzi o udawane czy wręcz wyćwiczone grymasy. Prawdziwie zmieniająca oblicze człowieka serdeczność czy wrogość rodzi się gdzieś bardzo głęboko i przedzierając się od źródła ku twarzy musi wszystkie kolejne nasze warstwy sobą zarażać i nasączać. Tylko wówczas jest w stanie przekonać, co do swojej autentyczności. Człowiek, który całe życie się gniewał i złościł na starość odstrasza wszystkich utrwaloną w zmarszczkach mimiką. Po tych wszystkich latach gorzknienia nawet uporczywe wysiłki okazywania serdeczności wyglądają koszmarnie. Tak głęboko osadzonych struktur nie sposób już przeorać na przeciwstawną, pogodną nutę.

Odrębna kat-egoria (4)
To zabawne jak łatwo przyszło mi napisać o Tekli jak o własnej babci. Rzeczywistość była dla mnie dużo mniej łaskawa. Poza rodzicami nigdy nie poznałem żadnego ze swoich przodków.

Zawsze z zazdrością spoglądałem i wsłuchiwałem się w opowieści rówieśników. Wskazując na swój dom zdradzali historię dziadków, którzy go zbudowali lub (co było jeszcze boleśniejsze) odziedziczyli po jeszcze wcześniej żyjących w nim przodkach. Za plecami moich rodziców ktoś postawił, murowaną z bólu i przemilczeń grubą, toporną ścianę. Nie wisiały na niej żadne z rodzinne zdjęcia czy jakakolwiek inna pamiątka przebrzmiałych lat ani po okraszonych świetlistą mgłą zapomnienia krewnych. Kiedy robiło się cicho można było usłyszeć z drugiej strony jakieś niewyraźne głosy, ale nie sposób było je połączyć w logiczne zdania. Gdybym wystarczająco wcześnie zaczął czytał Biblię, to może (w przypływie fantazji) poczułbym się niczym dziecko Adama i Ewy, rekompensując odczuwany boleśnie deficyt posmakiem własnej wyjątkowości. Tak jednak nie było. Dlatego relacje z wielkich rodzinnych zjazdów rocznicowych lub imieninowych traktowałem jak wieści o innych możliwych lecz nieosiągalnych światach. Słowa dziadek, ciocia, kuzyn nie wzbudzały we mnie żadnych realnych skojarzeń, były pusto brzmiącymi wyrazami.

Odrębna kat-egoria (5)
Gdzieś na obrzeżach miasta stał (z dumnym szyldem Domu Pomocy Społecznej) dość zadbany budynek, okraszony barwną amfiladą zdobnych roślin.

Tego rodzaju obiekty wszędzie mają podobny klimat, bez względu w jak bardzo ubogim czy zamożnym społeczeństwie zostały stworzone. Zawsze dzieli je od realnego świata zewnętrznego poczucie uwięzienie. Nie mam tu na myśli zamkniętych drzwi, lecz bezcelowość wychodzenia. Co można znaleźć w świecie, który nas odrzucił? Wszedłem bez zapowiedzi, głównym wejściem, gdy akurat coś oderwało uwagę portiera od jego obowiązków tropienia intruzów. Jakieś dziwne przeczucie prowadziło mnie korytarzami tak długo, aż pochyliłem się żeby podnieść leżące obok łóżka okulary. Sięgnąłem po nie delikatnie, ponieważ ich właścicielka miała zamknięte oczy. Zamierzałam cicho odłożyć zgubę na przy łóżkowej szafce i oddalić się niezauważenie. Mój plan przekreśliło dotknięcie dłoni, jakie niespodziewanie poczułem na moim przedramieniu. To był takiego typu subtelnie nieustępliwy dotyk, który nie pozwolił mi odejść. Ktoś ważny z personelu widząc tę scenę, potraktował mnie jak członka rodziny i tak już zostało. Tekla była pierwszą osobą którą tam wówczas poznałem.

Odrębna kat-egoria (6)
Dziewicze zetknięcie z nowym zjawiskiem, człowiekiem czy miejscem zawsze zajmuje nieusuwalne miejsce w naszych sercach i umysłach.

Pierwszy dzień w Domu Tekli (tak go nazwałem, by unikać oficjalnej nazwy) zakończył się intrygującą rozmową z przełożoną pielęgniarek, która odprowadzając mnie do wyjścia nieświadomie uwiarygodniła w oczach dociekliwego portiera. Odtąd miałem już „darmową wejściówkę” i nieograniczony dostęp do tego „społecznego wysypiska”. Wkrótce poznałem wiele innych osób, mieszkających z moją nowo narodzoną babcią pod tym wielkim, zbiorowym dachem. Mianowałem ich po kolei ciotkami i wujkami. Nadawałem im również zupełnie nowe imiona, na co chętnie przystawali. Dawno nikt nie wołał do nich po imieniu, więc pewnie odzwyczaili się od swoich prawdziwych, tych nadawanych przy chrzcie…a niektórzy może już nawet je pozapominali. Teraz poniekąd narodzili się po raz drugi, więc musieli zostać nazwani ponownie. Wspólnie zbudowaliśmy rodzinę tak wielką, jakiej nigdy nie doświadczyłem. Wiedziałem, że jest ona makietowa, w dodatku niedbale posklejana z nietypowych rozbitków, których statek wcale nie zatonął, lecz płynął dalej. Tonąc w oceanie zapomnienia spoglądali na znikające sylwetki dzieci i wnuków, którzy w przeciwieństwie do wszystkich moich krewnych, wciąż jeszcze żyli.

Odrębna kat-egoria (7)
Nie czułem nigdy potrzeby wyśledzenia pierwotnego motywu, od którego jakimś zawiłym przyczynowo skutkowym ciągiem myśli, słów i zdarzeń trafiłem do domu Tekli.

Gdybym musiał to zrobić, wówczas odpowiedzią byłoby jedno proste słowo: zadośćuczynienie. Czasem budzi się w człowieku imperatyw, który wymusza na nim całkowicie przeciwną do wcześniejszej aktywność, usilnie dążącą do stanu równowagi. Na początku tego procesu jest przebudzenie lub głęboka przemiana. W moim przypadku punktem zwrotnym było obrzydzenie jakie nagle do siebie poczułem. W pewnym momencie odwróciłem się i spojrzawszy wstecz zwymiotowałem. W jednym momencie zrozumiałem, że nie chcę być człowiekiem, który zostawił po sobie takie ślady. Niestety nie zawsze jednak możemy po prostu wrócić do osoby, którą dotkliwie poraniliśmy i cokolwiek naprawić. Samo nasze ponowne pojawienie się w jej życiu sprowokowałby nawrót wszystkich lęków, które starała się zatrzeć. Świat jest jednak pełen ludzi skrzywdzonych przez innych. Ruszyłem pewnego dnia wprost przed siebie i szedłem tak długo aż po drodze znalazłem Teklę i nie potrafiłem jej zostawić.
Wyczuwam pewien związek ze schematem zachowań karmiącej królicy. Jeśli samica dzikiego królika znajdzie gdzieś głodne potomstwo innej królicy, to je po prostu nakarmi jak własne. Prawdopodobnie kieruje nią instynktowne przeświadczeniem, że jeśli inna właśnie znalazła jej młode, które musiała na czas poszukiwania pokarmu zostawić, to również nie pozostawi je bez mlecznego posiłku. Na pewnym poziomie uogólnienia podobnie wówczas było ze mną.

Odrębna kat-egoria (8)
Nigdy się nie ożeniłem. Długo rozmyślałem nad sensem i trwałością związków. Na czym powinny się opierać, skoro przysięga małżeńska wyraźnie deklarująca ich dozgonność.

Nie brałem pod uwagę cywilnych kontraktów, bo to osobna kategoria. Równie dobrze możemy zawierać takie umowy wyłącznie ustnie. Czym zatem to sakramentalne zobowiązanie jest i kto jest w stanie przysiąc, że będzie je wypełniać, aż po kres życia. Człowiek potrafi się zmienić tak radykalnie, że nie jest już nawet cieniem siebie z przeszłości. Proces dojrzewania i starzenia jest powolny, ewolucyjny. Nawet jeśli upływ czasu bardzo nas zmienia, to obserwując nawzajem siebie dzień po dniu jesteśmy z tym oswajani. Dotyczy to również innych drobnych przyzwyczajeń, gustów czy poglądów. Czasem nawet małżeństwa przechodzą je wspólnie. Są jednakże nagłe i ekstremalne zmiany charakteru czy wręcz całej struktury osobowości potrafiące zdewastować nasze życie w tempie huraganu. W pewnym momencie partner orientuje się, że żyje obok zupełnie obcego, czasem wręcz wrogiego mu człowieka. Więc komu i co przysięgamy? Do jak odległych i skrytych głębin istoty ludzkiego jednostkowego bytu musi być zaadresowane to zobowiązanie, żeby przetrwać wywrócenie do góry nogami mozolnie budowanego wspólnego świata. Dopóki nie odpowiemy sobie na to pytanie, to każde takie przyrzeczenie jest tylko złudzeniem.

Odrębna kat-egoria (9)
Rodzina, w której zostałem przywołany do fizycznej egzystencji, była tworem tak bardzo przypadkowym, że równie dobrze mogła się nie zdarzyć.

Cudem przetrwała brutalne zderzenie z potworem wojny, który niemal starł z ziemi ostatnich żyjących wówczas przedstawicieli naszej linii genealogicznej. Osobiście zawsze miałem wrażenie, że to przerwanie marszu pokoleń nastąpiło dopiero w obrębie mojego życia. Skoro rodzice jeszcze pamiętali swoich przodków, a ja ich nie widziałem nawet na zdjęciach. Próbowałem to sobie wyobrazić. Musiałbym wielokrotnie „zdziadzieć” i potem dostatecznie długo żyć, żeby otworzyć jakiś kolejny rozdział w dziejach genealogii. Pojawiała się zawsze ta wątpliwość. Niby na czym miałem to ich przyszłe dziedzictwo oprzeć. Wchodziłem w czas dojrzały już bez żyjących rodziców, nie miałem również rodzeństwa. Na dobrą sprawę nie wiedziałem czym właściwie jest rodzina. Tak poniekąd z przypadku, lęku i niepewności a trochę z lenistwa mój, podpatrzony niegdyś u innych, głód posiadania własnej familii przygasł i już nigdy się nie rozpalił. Dopiero przy Tekli coś poczułem, rodzaj potrzeby otaczania się kimś niezupełnie obcym….

Odrębna kat-egoria (10)
Wolny zawód artysty fotografa dawał mi znaczną władzę nad czasem pracy i odpoczynku. Poza tym zawsze były wokół mnie kobiety. Pojawiały się same, bez żadnych starań z mojej strony.

Najczęściej nie chodziło im o mnie, miałem być przepustką do lepszego życia. Byłem mostem a czasem wyrzutnią, która pozwalała przejść, przeskoczyć bariery dla większości nie do sforsowania. Młode dziewczyny szukały szybkiego sposobu, żeby znaleźć się po tej lepszej stronie świata. Dla wielu ludzi tam rezydujących potrzebne były na to lata pracy, w niektórych przypadkach kilku pokoleń. Tymczasem pretendentki mogły pominąć tę mozolną wspinaczkę na szczyt luksusu w czasie tak krótkim jak drgnięcie migawki mojego aparatu. Nie lubiłem nigdy być zbyt widoczny, ale i tak szemrano o mnie, że mam oko i potrafię wypromować nieodkrytą wcześniej twarz lub figurę. Niby wszyscy o tym wiedzą, że w człowieku są dwie przeciwstawne sobie natury, kryjące się pod konfrontacyjnym zestawem epitetów piękna i bestia. Sztuką jest zobaczyć i utrwalić w kadrze pierwszą lub drugą, w zależności od zlecenia. To jest tylko pozornie prosta kwestia. Ustawienie modela pod odpowiednim kątem dopasowanie światła i cienia. Część prawdy ukryć w szarościach a drugą nienachalnie wyakcentować i nagle wszystko stawało się obowiązującym kanonem. Wszyscy inni widzieli tę modelkę już tylko Twoimi oczami. Nie każdy jednak to potrafił, ja widziałem już od pierwszego kontaktu z nowym modelem. Posiadłem również zdolność dzielenia się swoimi spostrzeżeniami z innym.

Odrębna kat-egoria (11)
Swoista mapa sieci zmarszczek wyrysowana na twarzy Tekli oraz ich wymowność nie była zdecydowanie jednoznaczna w odbiorze.

Jej oblicze było przepojone życzliwością, ale oku uważnego rozmówcy nie mogła umknąć odczucie, że przychylność owa zbudowana została wielkim kosztem. Każdy kto spędził z nią choć jedną dłuższą chwilę zrozumiał , że nie ma do czynienia z osobą której pomysłem na życie był kamuflaż. Nawet w najmniejszym calu nie chodziło jej wcale o kreowanie kogoś, kim gdzieś w centrum jestestwa nie była. To było raczej podobne do czerpania wody z głębokiej studni prowadzone równocześnie dwoma wiadrami. Obijały się one niestrudzenie to o brzegi studni to o siebie., Ocierały, zahaczały i szarpały nawzajem niczym w pozbawionej wszelkich zasad rywalizacji o pierwszeństwo i dominację. To życzliwe wiadro z wiarą i determinacją ciągnęła na przekór wszystkiemu i wszystkim Tekla. Drugie, pełne niezasłużonej goryczy, targał równie niestrudzenie ku górze jej zły los. Ileż potrzebnych było wysiłków, ponoszonych nieustannie przez te wszystkie bolesna lata jej życia. Mogła to wiedzieć tylko babcia Takla i ona to wiedziała. Słychać było to w jej każdym słowie, widać w każdym spojrzeniu, czuć w każdym tchnieniu…

Odrębna kat-egoria (12)
Dom Tekli był jak wyspa trędowatych. Każdy, kto bez przymusu lub interesu przekracza progi miejsca opuszczonego przez ludzi, zawsze dostaje przy furcie darmową laurkę świętego.

Już za bramą dostrzega powoli rosnącą grupę zadziwionych mieszkańców. Najodważniejsi z nich podchodzą nieśmiało a potem cała reszta oblega przybysza, chcąc sprawdzić, jakiż to desperat pojawił się w ich przeklętej enklawie. Obiekt ich zainteresowania otrzymuje z marszu status lokalnego zbawiciela i nawet zaczyna lubić to bycie w centrum uwagi. Tu są jednak ukryte pułapki. Zwłaszcza gdy gość zdradzi, że jest w posiadaniu deficytowego towaru w postaci serdeczności i kiedy dodatkowo ulegnie pokusie, by nieroztropnie nim szafować. W pewnym momencie każdy wielbiciel zechce go swoim palcem dotknąć i gotowy jest w swojej nieokiełznanej euforii nawet onego zadeptać. Taka niezawiniona, potencjalnie dzika destrukcja jest ubocznym skutkiem potrzeby sprawdzenia czy ten człowiek jest realny. Czy ma pod ubraniem ciało, w przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, jedynie dla poskromienia samotności wyobrażonych postaci. Jeśli jednak nasz bohater w tych nadmiernie urosłych emocjach tłumu poczuje strach, to zrodzona pierwotnie w jego sercu empatia ustąpi miejsca przerażeniu. Wówczas zacznie karmić i hodować w sobie agresję niezbędną do obrony własnego poczucia komfortu a może nawet i życia. Jeśli natomiast zachowa przyjazny dystans, to sycić się będzie długo tą niezasłużoną wdzięcznością, tanio kupioną, za samą swoją obecność.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 13)
Dom Tekli pełen był wciąż jeszcze trochę żywych osobliwości. Chodząc i rozmawiając z nimi czułem się jak kolekcjoner antyków, który trafił na zapyziały strych. Wrzucone tam były cenne starocie, których wartości nie był świadomy ich właściciel.
Stawiano je pod zmurszałymi krokwiami, gdzie czasem poprzez szczeliny między niechlujnie ułożonymi dachówkami świsnął odświeżający powiew powietrza lub skapnęła kropelka dżdżu. Składowane były latami, gdy tylko stawały się niemodne i bezużyteczne. Wypierały je współczesne, błyskotliwe bibeloty kupowane nagminnie przez wszystkich sąsiadów. Zdało się, że czas ich przeminął bezpowrotnie. Stały teraz jeden przy drugim, pokryte unifikującą warstwą kurzu. Wystarczyło podejść i zgarnąć nieco gryzącego w oczy i gardło osadu, żeby błysnął spod spodu ich niepowtarzalnie zaśniedziały czerep. Poczułem się zagubiony. Nie wiedziałem, czy wyznać właścicielowi prawdę, czy zachować ją wyłącznie dla siebie i wyłudzić skarby pod pozorem pomocy w czyszczeniu zapyziałego poddasza. Wiedziałem, że to nieetyczne, ale czułem pokusę ukarania właściciela za jego ignorancję. Za traktowanie skarbów jak śmieci, które nie zostały wyrzucone wcześniej do spleśniałego, cuchnącego kubła wyłącznie ze względów praktycznych, bo nie pasowały do żadnej kategorii selekcjonowanych odpadów. Peregrynując godzinami pomiędzy pomiędzy smutnymi pokojami domu Tekli, zapuszczałem się w ciemne zakamarki w poszukiwaniu wszystkiego co sponiewierane, stłamszone i zapomniane. Rozmawiałem ze współtowarzyszami jej niedoli godzinami, chłonąc ich smakowite opowieści. Tak po trosze jednak to zrobiłem, ukradłem te klejnoty i wyniosłem tu, na te strony. Wiedziałem, że nikt nie doceni ich wartości jeśli pierwej nie zostaną upublicznione. Dopóki nie gruchnie w mediach sensacyjna wiadomość co znajduje się na strychu pewnego domu i jak wielkie i niecodzienne stanowi to odkrycie.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 14)
Prawie każdy wie, jaka jest różnica pomiędzy wujem i stryjem. Poza poprawnością użycia obu pojęć ciekawy jest pewien wyraźny ich rozróżnik brzmieniowy.
Stryj zawsze dudnił w uszach jakoś poważniej, a wuj dźwięczał cokolwiek bardziej swojsko. Może dlatego nie pamiętam żeby ktokolwiek spośród znanych mi osób, poprawnie identyfikował familijne funkcje rodzeństwa swoich ojców i matek. Najzwyklej jedni i drudzy wrzucani byli do jednej wspólnej szufladki z sygnaturą „wujek”. Ja również używałem obu tych określeń dość nonszalancko, identyfikując swoje zmyślone powinowactwa z mieszkańcami domu Tekli, ale miałem do tego prawo. Wszyscy nowo mianowani krewni zostali bowiem powołani do wtórnego, ale w pełni uprawnionego bytu z zastosowaniem w pełni ekologicznej metody recyklingu.
Babcia była jedyna w swojej klasie, ale już dla pozostałych wykreowałem równoległą i równorzędną (stryjeczną lub wujeczną) płaszczyznę genealogicznego współistnienia. Wskrzesiłem ich do ponownie istnienia wyciągając z wielkiego magazynu żywych figur woskowych. Wstawiono ich tam podobnie jak czasem zdejmuje się ze ścian i chowa portrety mniej szacownych przodków, bo wprawdzie wyrzucić nie wypada, ale i nie ma gdzie powiesić, bo do kompletu nie pasują.
Zwykle imię nadaje się w oderwaniu od charakteru noworodka, bez względu czy zostało wykoncypowane przed, czy już po urodzeniu dziecka. Kiedyś może częściej korzystano ze skarbnicy imion przodków, rzadziej jakiś ważnych postaci historycznych, ich wcześniejsi pierwowzorowi użytkownicy mieli być drogowskazem dla nowo narodzonych. Ja miałem unikalną sposobność poznania krewnych już ukształtowanych i jednocześnie już bezimiennych, ponieważ zostali obdarci ze swoich emblematycznych identyfikatorów, podmiotowości i z całej przeszłości. Dzięki mnie rodzili się na nowo w zaimprowizowanym akcie kreowania autorskiej linii genealogicznej. Nadawałem im nowe imiona, ale dopiero po długich rozmowach. Natchnienia szukałem w jakiejś wyjątkowej cesze, która każdego z nich definiowała w niepowtarzalny sposób. Być może tak właśnie powinno być, że imię otrzymuje się u kresu swoich ziemskich dni, lub nawet dopiero po przejściu w inny nieznany wymiar bytu lub niebytu.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 15a)
Do najbardziej charakterystycznych wujków z Domu Tekli należał Wacek. Poznałem go już pierwszego dnia i choć nie było to jakieś bliskie spotkanie, już wówczas utkwił mi w pamięci.
Właściwie to była cała seria ruchomych obrazów, kreująca quasi chaplinowski filmik w którym mężczyzna podszczypuje starszą panią, za co boleśnie obrywa jej zabójczo kanciastą torebką. Podczas kolejnych wizyt widziałem bliźniacze scenki, ale odgrywane z innymi kobietami. Scenariusz zawsze był podobny. W końcu kiedyś zlokalizowałem i odwiedziłem Wacka w jego ustroniu. Mówił chaotycznie i bardzo niewyraźnie, zapewne z powodu braku uzębienia. Zaskoczyło nas obu, jak szybko zacząłem rozumieć co do mnie mówi. Nie zdarzało mu się to zbyt często. Zwykle odbijał się od ściany niezrozumienia. Z wielkiej beznadziei i bezradności podejmował desperackie akty wyrwania się z tego kręgu odosobnienia. Tak doszedł do metody „na kraba”, szalonego antidotum na toksyczne opary samotności. Podchodził niezauważony od tyłu i szczypał upatrzone wcześniej ofiary. Wówczas następowała ta upragniona, krótka, ale pełna dynamiki i ożywczej energii, chwila interakcji. Przypominała potrząśnięcie kogoś zapadającego w zły sen. Były to unikatowe momenty, gdy ktokolwiek, cokolwiek do niego mówił czy w ogóle zwracał na niego uwagę. Przyjmował przy tej okazji wiele kuksańców, szturchnięć, czasem zadrapań. Wieczorem lizał swoje rany, jak kot po nocnych eskapadach, wspominając ulotne chwile bycia zauważonym.


Odrębna kat-egoria (brudnopis 15b)
Wydawałoby się, że Wackowi łatwo pomóc, wystarczy tylko zaaranżować wizytę u protetyka i jego integracja zostanie przywrócona.
Niestety jego kazus okazał się bardziej złożony. Był on niezbyt utalentowaną i nietypową duszą towarzystwa, taką co rozbłyska z tupetem i szybko gaśnie. Trawestując znany tekst można powiedzieć, że za szybko kończyły mu się dowcipy. Kiedyś z tym sobie radził, zmieniając często lokale, by znaleźć nową radośnie balującą wspólnotę dające się uwieść jego szybko ulatniającemu się powabowi osobistemu. Wchodził błyskał fleszem i znikał. Teraz jednak ugrzązł z zaklętym kręgu z ekstremalnie rzadko odświeżanym składem osobowym. Tu w domu Tekli szybko go zidentyfikowano, przypięto mu łatkę nudziarza i odrzucono. Jego deprywacja była tym dotkliwsza, że znajdował się już wewnątrz innej większej izolacji, paradoksalnie razem z ignorującymi go współmieszkańcami. Kłopot ze rozumieniem jego słów nie był główną przyczyną żałosnego statusu Wacka, pogarszał jedynie jego kiepską sytuację. Podjąłem próbę restytuowania pozycji społecznej, tego towarzyskiego kapiszona. Pomogłem mu napisać i wylansować zabawną piosenkę, Zaczynała się ona od słów: „a ja mam na imię Wacek, przy bliższym poznaniu tracę … „ Nuciłem tę frazę przy każdej okazji i zaraziłem nią cały dom Tekli. Wkrótce mój protegowany stał się popularnym gościem, bohaterem znanej i lubianej melodii. Uśmiechał się szeroko odsłaniając nowy garnitur sztucznych zębów. Dokonał się cud. Teraz nagle każdy chciał być blisko i wkrótce zaprzyjaźniła się z nim mocniej jedna z ciotek. Nie żyli długo, ale cokolwiek szczęśliwiej, na ile pozwalały smutne realia domu Tekli, gdzie przyszło im spędzać ostatnie dni życia.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 16)
Wujek Bildfor znalazł wreszcie po długich poszukiwaniach partnera do gry w warcaby. Wplataliśmy pomiędzy kolejne ruchy długie wielowątkowe dygresje i rozciągaliśmy kolejne partie w nieskończoność.
Lubiliśmy rozmawiać i chyba obaj równie wysoko ceniliśmy swoje wzajemne towarzystwo. Bildfor był specyficznym „produktem” środkowowschodniej Europy. Historia jego rodu była równie pogmatwana, jak większości ludzi urodzonych w tym kotle genealogicznych różnorodności. Z tą może różnicą, że on miał tego pełną świadomość opartą na metrykalnych faktach. Jego polscy przodkowie mordowali Ukraińców na Zadnieprzu, a później nieco inni ukraińscy protoplaści wyżynali Polaków na Wołyniu. Niemieccy krewni mordowali Żydów, Polaków i Ukraińców na frontach II Wojny Światowej, a żydowski dziadek, zagorzały komunista, skazywała na tortury i śmierć Niemców, Polaków i Ukraińców w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Tkwiły w jego genotypie tropy przywleczone z cztery kultury, religii i narodowości. Nigdy tego nie ukrywał, nie zaprzeczał i nie wypierał się żadnej z nich. Zabawnie reagował na wszelkie politycznie awantury o podłożu narodowościowym, obnażając i ośmieszając zarówno prowokujących i prowokowanych. „Co mam sobie odrąbać rękę?” zwykł pytać retorycznie „a może wydłubać oko?” . W 68 chciał wysłać swoją nogę pociągiem w jedną stronę, ale ponoć nie chcieli jej wystawić paszportu. Później przez wiele lat żałował, że jednak nie dał wówczas nogi. Żądał od swojej lewicy wojennych reparacji na rzecz swojej prawicy. Spełnił jej oczekiwania wyjeżdżając na zachód do pracy, którą wykonywał wyłącznie lewą ręką Podobno później przepuścił wszystko na automatach, obsługując je bezwarunkowo ręką prawą. Zmarł nagle podczas naszej ostatniej warcabowej batalii, nie wykonano sekcji zwłok, więc nie było do końca wiadomo co pierwsze w nim umarło. Polska nonszalancja, niemiecka skłonność do porządku, ukraińska żywiołowość czy może żydowska przebiegłość.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 17)
Ciotka Sofie miała niewyobrażalnie wrażliwą duszę, która przesiąkała przez wszystkie warstwy ciała i dosłownie pulsowała na powierzchni jej skóry. Poruszała się z taką ostrożnością, jakby chciała uniknąć zdeptania zabłąkanej mrówki. Nigdy nie wchodziła rozmówcy w słowo.
Wypowiadała się dopiero, gdy zapadała wyczekująca cisza. Niestety niewiele osób to dostrzegało, traktując jej miłość do wszelkich istot żywych jako słabość. Ciotka zdawała się widzieć tę brutalność świata, na którą bezwarunkowo się godziła. Miałem nieodparte wrażenie, że broni wręcz swoich oprawców. Spędzałem z nią długie godziny na zawstydzających moją duszę rozmowach lub wspólnym milczącym zamyśleniu. Zdarzało mi się kilka razy usłyszeć autorskie odczytanie wiersza. Raz nieśmiało odsłoniła mi swój szkicownik. To było dla mnie szokujące odkrycie. Kompozycja przypominała prorocze i bluźniercze grafiki Williama Blake’a. Podobnie łączyła kontrowersyjnie brzmiące frazy własnych strof z ilustracjami kreślonymi subtelnie drgającą dłonią. Zapamiętałem wymowny przekaz jej grafiki, której centralnym motywem był Chrystus. Stał z siekierą obok własnoręcznie porąbanego krzyża. Strofy wiersza głosiły, że kapłani zabrali nam prawdziwego Jezusa, a wcisnęli w głowy Zbawiciela. Zastępcę, który wyręczyć miał nas od pięknej ewolucji dusz, prowadzącej cierpliwą ścieżką do bycia lepszymi, czystszymi i wewnętrznie pięknymi ludźmi. Odbierając ludziom ten hojnie wynagradzany wysiłek nakłonili nas do życia w błędzie, beznadziei i zatraceniu. Jej zdaniem Jezus tego nie nauczał. Chciał być drogą. Pokazać, że każdy człowiek może być czystym Dobrem. Sama Sofie taka właśnie była. Nie miała nic, rozdawała wszystko, co mogłoby uczynić ją niewolnikiem materialności. Nie była oczekiwaniem, roszczeniem ani pożądaniem, tylko czystą wdzięcznością. Jej historia, przybycia do domu Tekli była tak prosta jak całe jej życie. Do mieszkania Sofie wprowadził się przyszły mąż jej córki. W konsekwencji pojawiły się również wnuki. Kiedy dorosły, Sofie poczuła, że powinna oddać swój pokój młodym i wyniosła się do Domu Tekli. Była taka prawdziwa w myślach, słowach i decyzjach. Po jej śmierci szukałem szkicownika, którego fragment poznałem. Chciałem go upowszechnić jako zasobną skarbnicę mądrości, ale nic nie znalazłem. Po Sofie nic tu nie zostało. Odebrałem to jako naturalną konsekwencję jej mądrej filozofii. Wszystko czym jesteśmy nie jest z tego Świata.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 18)
Ciotka Małgorzata, na którą łamiąc język wołałem Gośzka, była bardzo zasadniczą i do bólu konsekwentną osobą. Nie wyszła za mąż mimo wielu propozycji.
Po tragicznej śmieci siostry poczuła obowiązek sprawowania opieki nad dwójką malutkich siostrzeńców. Postanowiła w ten sposób bezinteresownie wesprzeć swojego szwagra. Tymczasem mąż zmarłej siostry uwolniony od ciężarów prowadzenia domu rzucił się w wir zaspakajania własnych pożądliwości do takich granic, że nie grymasił nawet z kim przyszło mu spędzać kolejne noce, spędzane wyłącznie w „delegacjach”. Ciotka miała ciekawą teorię, według której każdy człowiek ma do przeżycia zindywidualizowaną porcję przyjemnych i przykrych doznań, bilansujących się w końcowym rozrachunku. Koncepcja ta głosiła, że jeśli w zbyt krótkim czasie nazbyt długo i namiętnie oddajemy się wyłącznie radosnym pobudkom, to nakładamy na siebie brzemię analogicznej kumulacji bolesnych dni, co czasem doprowadza do skrócenia długości życia. Jej teoria sprawdziła się w przypadku szwagra, który ostatnie kilka lat wegetował po mocnym udarze, którego doznał podczas swojej ostatniej w życiu „delegacji”. Niestety jego przestraszona zajściem „koleżanka z pracy”, uciekła pozostawiając go na wiele godzin bez niezbędnej natychmiastowej w takich przypadkach pomocy. Szwagier mógł praktycznie jeszcze powrócić do sprawności, ale najwyraźniej jego zasobnik dostępnych przyjemności został wyczerpany, więc musiał teraz już wyłącznie cierpieć. W dodatku towarzyszka jego „służbowej podróży” doświadczyła pamiętnej nocy (nomen omen) zajścia. Po pewnym czasie komornik zajął część renty zupełnie nieświadomego swojego ojcostwa szwagra Małgorzaty. Ciotka lubiła mnie przekonywać do własnych koncepcji przy filiżance ziół. Kiedyś pomyliłem naczynia i posmakowałem nieopatrznie wywaru ciotki, poczułem w ustach piekielną gorycz. Gośzka zdradziła mi wówczas, że czasem wypija napar z ziela piołunu. Sądziła, że uprzykrzając sobie trochę bieżące życie uniknie negatywnej kumulacji na finiszu. Z podobnych powodów stroniła od wszelkich środków przeciwbólowych. Utrzymywała wręcz, że da się to udowodnić naukowo. Błędnie sięgamy po tabletki zwalczając niewielki ból, który jesteśmy wstanie wytrzymać. Po wielu latach wspierania się medykamentami, doprowadzają one do uszkodzenia jakiegoś wewnętrznego organu, w ramach zabójczego nawarstwiania się skutków ubocznych. Wówczas i tak przeżyjemy swoją porcje bólu, ale skomasowaną do poziomu trudnego do zniesienia. Podawała zwykle przykłady pacjentów umierający na raka trzustki czy marskość wątroby. Kiedy widziała kogoś zajadającego się słodyczami zwykła go pytać: ile z życia jesteś w stanie ofiarować za tę chwilę przyjemności: godzinę, dzień? Kiedy ostatecznie opuszczałem już Dom Tekli odwiedziłem ciotkę Małgorzatę po raz ostatni. Wciąż mimo podeszłego wieku cieszyła się bystrością umysłu i nienagannym zdrowiem. Widać teoria, utrzymywania równowagi na granicy odgradzającej przyjemności od przykrości, również w jej przypadku ciągle się broniła.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 19)
Stryj Ryszard był jakoś dziwnie odporny na tubylcze (jak mawiał) zarazy zawiści. Nie zazdrościł nikomu urody, statusu społecznego, bogactwa. Zawsze mawiał, że każdy ma własny los.
Za wszelkim posiadaniem ciągną się konsekwencje, jak długie tłuste ogony. Dekoncentrują utrudniają skupienie uwagi na tym co tu i teraz, zmuszając ciągle do oglądania się wstecz. Żył dostatecznie długo, żeby dostrzec jak nadmiar cielesnych i materialnych „błogosławieństw” ściąga na ich posiadacza cień, zamieniający powoli życie w piekło. On sam staje się strażnikiem skarbów, które posiadł wraz z urodzeniem, odziedziczył lub własnym wysiłkiem zgromadził. Jest znacznie gorzej jeśli dobra jego pozyskane zostały w sposób niemoralny. Wówczas zżerają go dwa pasożyty strach przed utratą majętności i wyrzuty sumienia. Ryszard nie wierzył, że są ludzie pozbawieni sumienia. Prędzej czy późnej każdego dopada ten stan umysłu, gdy to, co zostało innym siłą lub podstępem odebrane, cieszy jak soczysty wrzód na pośladkach. Osobiście był przekonany, że posiada tyle, ile jest mu potrzebne. Nie pragnął więcej, ale też i nie dzielił się z innymi. Z osobami zwracającymi się do niego o wsparcie rozmawiał zawsze szczerze. Bez względu na to, czy był to znajomy, przyjaciel lub żebrzący na ulicy. Nie próbował ukrywać się za wymówkami, że chętnie, ale akurat nie ma gotówki lub zainwestował i nie ma wolnych środków. Uważał, że nie pomaga się osobom żebrzącym dając im jałmużnę, tylko umacnia się je w ich pewności, że jest to sposób na życie. Zatem sprowadza ich do pozycji wiecznego oczekiwanie czyli w patologiczny stan bierności. W zamian ofiarodawca zyskuje fałszywą namiastkę bycia cokolwiek szlachetniejszym niż w rzeczywistości. Indagowany zawsze powtarzał: gdybym poczuł siłę i wolę udzielenia realnej pomocy musiałbym iść razem z nimi kawałek drogi w przyszłość. Pomóc zmieniać sposób myślenia, wspierać aktywne poszukiwanie pracy, by zapewnić stabilną przyszłość. Jeśli nie mam odwagi, by to uczynić, nie chcę mamić siebie złudzeniem, że jestem wielkodusznym człowiekiem.
Niestety ostatni rozmówca nie wytrzymał bezmiaru jego szczerości. Stryj ciężko zachorował na skutek powikłań pourazowych. Wprawdzie była szansa na odzyskanie zdrowia, ale wymagała nakładów finansowych przekraczających stan posiadania Ryszarda. Zdrowotne służby publiczne nie refundowały niestety pożądanej formy terapii, a chory konsekwentnie odmawiał występowanie o jakąkolwiek inną pomoc, aż do samego końca.

Odrębna kat-egoria (brudnopis 20)

Ciotka Femina, była kwintesencją kobiecości. Miała wszystko co zwykle kojarzymy z piękną płcią od naturalnej łagodności, wrodzonej wyrozumiałości, zdrowego miłosierdzia, prostego i czystego uczucia zwanego miłością, aż po seksapil, który pomimo bardzo zaawansowanego wieku pobrzmiewał subtelnie w każdym jej geście i słowie. Femina miała jednak coś więcej, była mądrym człowiekiem, który potrafi spojrzeć na wiele ważnych w naszym życiu kwestii z dystansem, bez zacietrzewienia i przekonaniu o prawomyślności wyłącznie własnych poglądów. Pamiętam jej szlachetne szare oczy, którymi badała mnie cierpliwie od początku do końca każdej wizyty. Należała do zwolenniczek zmiany sytuacji społecznej kobiet. Trudno było jednak zakwalifikować ją do wojującego feminizmu. Nie nosiła w sobie potrzeby dokonania zemsty pod wydrapanym paznokciami na transparencie hasłem TERAZ MY. Uznawała patriarchat za zły wybór nie z tego jednak powodu, że akurat to mężczyźni dominowali nad kobietami, a nie odwrotnie. Występowała przeciw zastanemu i ugruntowanemu całą historią ludzkości stosunkowi jednej płci do drugiej. Była równie zdruzgotana skalą jak i bezwzględnością sił przemocy fizycznej, prawnej, religijnej i psychologicznej jakie zostały dla jego podtrzymania zastosowane,. Jej marzenia zmierzały do stworzenia alternatywnego ładu społecznego, a nie odwrócenie biegunów, by zamienić aktualny status quo w jego lustrzane odbicie. Nie potrafiła utożsamić się z wojowniczkami skandującymi żadne krwi hasła przeciw mężczyznom. Bulwersował ją język protestu. Wulgaryzacja języka była dla ciotki przedprożem brutalizacji relacji międzyludzkich. Walka zawsze zostawia w sercu nienawiść, która ją napędza, dlatego pokolenia rewolucjonistów ponoszą dotkliwą osobistą porażkę. Nigdy nie korzystają z owoców swoich działań. Są ogniem, który wypala stare idee, ale w tym ogniu spalają się też oni sami. Jedni w bezpośredniej walce a inni wypalani post factum wewnętrznym ogniem nabrzmiałej w sercach odium. Wprowadzenie równie zaborczego matriarchatu w miejsce obecnego statusu byłoby nieporozumieniem. Femina argumentowała, że rezygnacja z systemu patriarchalnego, a co za tym idzie równoprawny udział kobiet i mężczyzn w życiu politycznym, gospodarczym i społecznym, miał zmienić jego charakter. Łagodzić konflikty, zwiększać zaufanie, szukać kompromisów, uczyć zrozumienia przeciwnej strony dyskursu. Gdyby powiedział to mężczyzna wszyscy uznaliby jego słowa za próbę obrony „ginącego gatunku”, który usiłuje sprytnym fortelem frazeologicznym odwrócić los przegrywanej wojny. Powiedziała to jednak kobieta, ale nic to nie zmieniło w użyteczności jej słów. Została zignorowana przez obie strony konfliktu. Nikt nie wsłuchiwał się w jej cichy głos. To zrozumiałe, bo w czasach wojny nie słucha się rozsądnych podpowiedzi. Wojna jest czasem bezwzględnych generałów, którzy nie własna wszakże krwią torują drogi zwycięstwa i szeregowych wojowników, którzy nafaszerowani promiennymi tyradami (tych pierwszych) pragnących bohatersko błysnąć a nawet i polec w słusznej sprawie. Ciotka nie pasowała do żadnej z tych ról.

Shot Stories Logo

ciąg dalszy nastąpi…

MAGAZYN ROZRYWKOWY. FAKTY. HUMOR. SATYRA