ODRĘBNA KAT-EGORIA

I. DOM TEKLI

Please wait while flipbook is loading. For more related info, FAQs and issues please refer to DearFlip WordPress Flipbook Plugin Help documentation.

II. PROJEKT FISTASZKI

Please wait while flipbook is loading. For more related info, FAQs and issues please refer to DearFlip WordPress Flipbook Plugin Help documentation.

III OFIAROWANIE ZYTY

WSTĘP
Rozpoczyna się faza realizacji Projektu Fistaszki. Narrator relacjonuje swoje działania, których celem jest poznanie ofiar przestępstw oraz przygotowaniu ich do sesji zdjęciowych. Żeby zgłębić istotę ich ekstremalnych doświadczeń (najpełniej jak to możliwe) wprowadza własne, niestandardowe metody. Spotkania doprowadzają go do poznania bezmiaru cierpień fizycznych i psychicznych pokrzywdzonych. Przypadek Zyty rzutuje na dalszy przebieg jego pracy.


ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 1)
Pan Piotr był profesorem, lekarzem zagubionych dusz, szefem, koordynatorem i delegatem grupy wspierającej mnie psychologów, psychiatrów czy innej maści pracowników penitencjarnych służby. Nigdy ich nie widziałem, nie spotykałem się z nimi na rzekomych konsyliach. Mogło ich nawet wcale nie być. Profesor jednak był zawsze, gdy potrzebowałem. Skutecznie reprezentował wszystkich pozostałych. Był ich twarzą, która zasłaniała wszystko, co poza nią istniało. Wokół jego głowy powiewały zawsze nonszalancko rozrzucone włosy, niebywale mocno siwe, zdawały się wręcz emanować tajemniczym blaskiem. Takie zrobiły na mnie pierwsze wrażenie, chociaż zapewne ten efekt wsparło słońce, przebijające się przez jego bujną, rozwianą czuprynę. W szpitalu, gdzie się spotkaliśmy, był świetlik w suficie. Intensywne promienie słońca spowiły owłosienie zdobiące jego ciemię, skronie i żuchwę. Słońce zaszło, wrażenie już pozostało. Profesor chodził zawsze ubrany na biało, co dawało ogólne wrażenie spotkania albinosa. Jego nieodzownym atrybutem był gruby pęk kluczy. Początkowo odniosłem wrażenie, że spotykam jakąś nieziemską istotę, strażnika rajskich progów (nomen omen również Piotra). Po pewnym czasie odkryłem jednak, że każdy klucz jest diaboliczny wytrychem, otwierającym ponurą historię cierpienia jednej osoby. Przeciętny człowiek tak naprawdę nie chciałby wiedzieć, co się za nimi ukrywa. Ja musiałem chcieć. Profesor nigdy nie komentował moich pomysłów werbalnie, robił jednak grymasy, które mówiły więcej niż sto słów. Już przy pierwszym kontakcie przywitał mnie spojrzeniem „mówiącym” do mnie słowami: kazali mi, to robię co mówisz, ale nie mam dla tego co robisz szacunku, zatem nie mam go również dla ciebie. Nie przejąłem się tym zbytnio, postanowiłem skupić się na swoim zadaniu.


ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 2)
Jest wiele sposobów, żeby zabrać się do bardzo skomplikowanego i złożonego przedsięwzięcia. Jednym z nich jest rozpoczęcie od zadań najłatwiejszych, których czas realizacji jest stosunkowo krótki i rozwiązanie niemal pewne. Zyskujemy poczucie sprawczości i skuteczności, które budują zasoby naszej pewności siebie. Wraz z rosnącą skalą trudności pokonujemy coraz większe przeszkody, aby rozpędzeni wcześniejszym powodzeniem forsować na końcu najwyższe szczyty wymagań, nawet takie, których wcześniej i w marzeniach nie byliśmy w staniem zdobywać. Ja wybrałem zupełni przeciwny tryb działania, skok na głęboką wodę. Co było decydujące w moim wyborze tej właśnie strategii? Dlaczego postanowiłem zacząć od najtrudniejszego zadania?. Spoglądając na to racjonalnie mogłem wychodzić z założenia, że jeśli poradzę sobie z ekstremalnym przypadkiem, to pozostałe będą błahostką. Prawdziwy powód był jednak usytuowany chyba gdzieś daleko poza logiką. Sądzę, że kontakt z moim medycznym opiekunem uświadomił mi w jak grząskie bagno się pakuję. To stosunek profesora do mnie i mojego zadania, choć starałem się go ignorować, stopniowo zaczynał kruszyć mój początkowy zapał. Prawdopodobnie podświadomie chciałem szybkiego rozstrzygnięcia. Przezwyciężyć słabości lub wywrócić się na pierwszej przeszkodzie. Mieć usprawiedliwienie do rezygnacji, by jak najszybciej rozstać się z ironizującym profesorkiem. Padły wówczas z moich ust dwa proste słowa: najcięższy przypadek. Mimika, którą zaobserwowałem na twarzy Pana Piotra była trudna do opisania. Pod maską zdystansowania, do której zdołałem przywyknąć, rysował się teraz grymas nieskrywanego sarkazmu, pod jego powierzchnią wzbierała fala pulsującego triumfalizmu. Musiał pomyśleć, że właśnie pakuje mnie na minę, z której skutków nie wyliżę się do końca życia. Bardzo życzył sobie bym natychmiast czmychnął z królestwa jego mrocznych klatek, gdzie będzie nadal strażnikiem cichego cierpienia powierzonych mu pacjentów. Jakże się pomylił. Dalszy przebieg wydarzeń nie toczył się po żadnej z jego wymyślnych dróżek. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Życie czasem pisze scenariusze bardziej nieoczekiwane, niż najśmielsze o nim wyobrażenie. Cokolwiek można było pomyśleć o mojej naiwności, braku merytorycznego przygotowania do zlecenia, dysponowałem intuicją, która nie była na straconej pozycji. Nie raz okazuje się, że specjaliści mają zablokowaną głowę głównie niemożliwościami, takimi „niedasiami”. Drepczą starymi, głęboko udeptanymi drogami. Utrwalają metody, które wpojono im przez lata edukacji a następnie praktyki, która tę teorię betonowała. Zdarza się, że prostsze rozwiązanie znajduje się na wyciągnięcie ich ręki, ale po nie nie sięgają. Ze strachu czy w obawie o śmieszność. Trochę nawet rozumiałem Profesora. Fotografia też ma swoje reguły i rygory, choć może tak restrykcyjnie nie eliminuje nieperfekcyjnych kadrów, zostawiając margines na inne, istotne ich wartości. Nie miałem do niego żalu, robił swoją robotę najlepiej jak potrafił. Na szczęście zadbano jednak bym posiadł nad nim pewną przewagę, którą wykorzystałem. Cokolwiek sobie pomyślał o moich propozycjach, musiał je realizować. Pewnego pochmurnego dnia otwarte zostały wrota do pokoju Zyty. Widok był wystarczająco ponury, żeby już w tym momencie dać sobie z tym wszystkim spokój. Niewielkie pomieszczenie wyłożone na podłodze i ścianach ceratowymi materacami z gąbką w środku. Niektóre były uszkodzone, jakby ktoś wpuścił tu desperacko wygłodzone szczury. Na środku podłogi leżała kobieta, od razu się zorientowałem po jej rysach, choć miała zupełnie ogoloną głowę. Zawinięta była w kaftan bezpieczeństwa. Zdziwiło mnie to, ponieważ była niezwykle drobnej postury. Komuż zatem mogła zagrażać? Domyśliłem się, że głównie sobie samej.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 3)
Wycierałem sobie nieraz ze wstydem twarz zbyt łatwo wypluwając słowa o współczuciu i empatii, ale czy rzeczywiście potrafię wyszarpać je gdzieś z głębi swojej duszy i serca. Co to znaczy realnie współodczuwać cierpienie, zwłaszcza gdy jest aż tak dotkliwe, że temu cierpiącemu obok nas, bliższa jest chęć szybkiego unicestwienia własnego bytu, niż blednąca z dnia na dzień wiara w przetrwanie. Wielokrotnie przy zdjęciach portretowych, takich z zacięciem psychologicznego przenikania pod skórę portretowanego, testowałem swoją wrażliwość na drobne sygnały z drugiej strony obiektywu. To były delikatne muśnięcia tej najgłębszej prawdy o drugim człowieku. Trzeba było je wydobywać z ostrożna, delikatnie operując niewidzialnymi narzędziami. Nie ciągnąć, tylko kusić i prowokować, żeby same wyłoniły się spoza mnogich kurtyn oficjalnej fasady. Uważając, by się nie spłoszyły. Nawet w przypadku powadzenia moich starań, nie mogłem się do tego przyznać. Hamowałem euforię, gdy nagle poczułem, że jakimiś pokrętnymi, nieoczywistymi ścieżkami dotarły do mojej świadomości. Kochałem te subtelne komunikaty, cichsze niż zdławiony śmiertelnym sekretem szept. Nie sposób było szukać słów, by je nazwać, bo niweczyła je już sama próba definicji. Wywabiałem skrawki autentyczności nawiązując zarówno werbalny jak i bezsłowny dialog z portretowanym. Obserwowałem bacznie i nieustannie ciało, a zwłaszcza twarz modela. Analizowałem sprzężenia wszystkich zachodzących między nami zjawisk, żeby właściwie uchwycić momenty koincydencji. Odkrywałem okoliczności, przy których grymasy prawdy się pojawiają i uczyłem się z wyczuciem ponownie je prowokować.
Mimo całego skomplikowania i delikatności tamtych sytuacji, to była jednak „konkurencja”, w której obie strony stały na możliwie analogicznych pozycjach. Zarówno portretowany jak fotograf mogli prowadzić różnorzędną grę prawd i pozorów. Tworzyli przestrzeń współoddziaływania, scenę na której każdy mógł kreować efekty nieco inne, niż oczekiwał jego partner. Często zdarzało się jednak, że cel ostateczny był wspólny. Jeśli obie strony chciały zbliżyć się do prawdy pozbawionej mistyfikującej ingerencji (jeśli taka jest możliwa) i gotowe były dla niej wiele zaryzykować. Neutralna strefa powstawała, gdy każdy z graczy cofnął się nieco, dając drugiej stronie poczucie bezpieczeństwa. Ustępując budowaliśmy wzajemnie, wobec siebie zaufanie.
Teraz jednak nie było żadnej równowagi. Tylko pozornie moja przewaga była atutem. Im większa władczość, tym większa niepewność jakości sygnału zwrotnego. Strach zamyka nas w obrębie własnej, tej najciaśniejszej przestrzeni intymności, gdzie odcinając kontakt z zewnętrznością, czujemy się tak bardzo bezpiecznie, jak to tylko w określonych okolicznościach możliwe..
Wróciłem następnego dnia już z gotowym planem działania. Poczułem, że jestem uczestnikiem wyjątkowej chwili mojego życia, tak mocno i intensywnie jak nigdy wcześniej. Nadszedł czas niecodziennej próby, być może jedynej tak ważnej w całej historii mojego błądzenia po niezgłębionych ścieżkach losu. Nagle całe to droczenie się z profesorem, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Gdyby nie (budzące się w związku z nadchodzącym zadaniem) stopniowe wyostrzanie się moich zmysłów, nawet nie zauważyłbym konwulsyjnej reakcji mięśni twarzy pana Piotra. Musiał wspiąć się na wyżyny swojej powściągliwości, żeby nie wybuchnąć. Wyszedł i już go tego dnia nie widziałem. Zaordynował jednak posłusznie wszystkie moje zalecenia. Po dłuższej chwili pojawili się dwaj rośli sanitariusze, ogolili doszczętnie moją głowę, założyli pieluchomajtki, wcisnęli mnie do kaftana bezpieczeństwa i zanieśli w ciemny kąt klatki, w której leżała Zyta.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 4) Przeczucia, które sprowokowały mnie do wdrożenia desperackiego planu dzielenia z Zytą mrocznej izby jej odosobnienia, były bardzo nieprecyzyjne. Zostałem jednak postawiony pod ścianą i jedyne, co mi przyszło do głowy, to przytulić się do jej zimnego i nieprzyjaznego muru. Czułem intuicyjną potrzebę współdzielenia losu pacjentki Pana Piotra, na ile to było możliwe, choćby w zupełnie szczątkowym wymiarze. Węszyłem w tym jedyny możliwy trop wskazujący ścieżkę do wypełnienia mojej beznadziejnej misji, skazanej zaocznie przez złośliwego profesora na porażkę. Nie miałem złudzeń. Nawet jeśli oboje z Zytą przebywaliśmy pod jednym dachem i na podobnych warunkach, to analogia była czysto powierzchowna. Musiałem jednak za wszelką cenę znaleźć metodę na zrozumienie kondycji w jakiej się znajdowała moja pierwsza modelka z Projektu Fistaszki. Poznać pola i granice jej bezpieczeństwa, podatność i wytrzymałości na lęki oraz realne zagrożenia. Bez tego nie można było myśleć o jakiejkolwiek sesji zdjęciowej.
Do wnętrza pomieszczenia Zyty nie docierał ani jeden zagubiony promyk światła. Leżeliśmy w pełnym i głębokim mroku, który pozwalał doświadczyć co znaczyło określenie egipskie ciemności. Brunatne materace, z których pospiesznie zaaranżowano to pomieszczenie, pochodziły z odzysku po jakiejś zlikwidowanej szkole-molochu. Pełniły tu one jednocześnie rolę ściany dźwiękochłonnej. Izolatka była totalnie wygłuszona, dodatkowo znajdowała się w najmniej używanym zakątku szpitala.
To niesamowita co dzieje się z ludzkim narządami percepcji wzrokowej, gdy zostaną pozbawione zewnętrznych bodźców. Na początku usiłują uporczywie wyszukiwać jakiegokolwiek kształtu. Po etapie bezskutecznych wysiłków pojawia się faza projekcji i retrospekcji. Zastanawiałem się skąd biorą się we mnie te obrazy. Miałem cichą nadzieję, że w tak specyficznych warunkach dochodzi do jakiegoś pozazmysłowego kontaktu, czegoś w rodzaju telepatycznego przekazu. Wierzyłem w to, ponieważ wielokrotnie zdarzało mi się już „słyszeć” myśli ludzi, z którymi pracowałem. Miałem świadomość, że leżąca nieopodal kobieta wyczuwa moją obecność. Robiłem więc wszystko, by nie odbierała mnie jako zagrożenie. Starałem się wciągać i wypuszczać powietrze możliwie bezdźwięcznie. Sam równocześnie wsłuchiwałem się uważnie w jej oddech. W tej wręcz dławiącej ciszy słyszałem go bardzo wyraźnie. Był niespokojny, nigdy nie łapał jednostajnego rytmu. Przyspieszał niespodziewanie jak w szalonej gonitwie, by po chwili zupełnie i bez ostrzeżenia zgasnąć. W końcowej fazie narastającego i wzmagającego się gwałtownie galopu, nie słabł powoli, jak podpowiadałoby mu rosnące (wraz ze wzmożonym wysiłkiem) zmęczenie. Zatrzymywał się nagle, jak dziki zwierz, zmęczony ucieczką przed śmiertelnym zagrożeniem lub pogonią za ofiarą, walczącą niestrudzenie o swoje życie. Przystając zamierał, momentalnie wytężając wszystkie zmysły, skupione teraz wyłącznie na pozyskaniu informacji z zewnętrznego świata. Po krótkiej chwili ożywał i łapczywie zasysając powietrze nabierał sił do kolejnej fazy morderczej gonitwy. Nieprzewidywalne zmiany tempa oddechu Zyty powtarzały się przez całą noc. Pomimo to zdołałem się kilkakrotnie zdrzemnąć, nie wiem jednak ile razy i na jak długo. Czas biegł teraz zupełnie niemierzalnym i niepoliczalnym trybem. Uciążliwym problemem okazał się dla mnie kaftan bezpieczeństwa. Nigdy wcześniej nie ograniczono mi swobody ruchu w tak drastyczny i nieodwoływany sposób. Szybko zacząłem odczuwać dyskomfort. Zdawało mi się, że coś mnie szczypie, gryzie i swędzi. Nie mogłem się drapać ani ocierać, bo przy każdym ruchu ubiór stawał się nazbyt słyszalny. Nie wiem skąd wysupłałem z siebie tyle cierpliwości, by to wszystko przetrzymać. Dość długo nie udawało mi się dostosować umysłu do nowych warunków. Wyszarpywałem nieliczne momenty ciszy, żeby choć z grubsza porządkować skrawki swoich myśli. Te jednak były bardzo niestabilne. Zanim udało mi się skonsolidować je w logiczną frazę, pierzchały niczym zlęknione zające, wystraszone nagłym trzaśnięciem suchego chrustu. Trudno było mi zachować kontrolę nad spoistością i ciągłością wątków, więc pozwoliłem im po prostu płynąć.
Rytm dobowy przewidywał zabiegi pielęgnacyjne i rehabilitację pacjentki, na które mnie wynoszono z sali. Dawało mi to kilka chwil oswobodzenia. Wykorzystywałem je do porządkowania myśli. Nie miałem czasu na notatki, Wszystko co zapamiętałem nagrywałem na taśmy w wielkim szpulowym magnetofonie, który wyciągnąłem z jakiejś starej magazynowej szafy. Wyglądał na zupełnie nieużywany, chociaż musiał być na wyposażeniu szpitala od dawna. Okazał się bezcennym narzędziem pracy, który umożliwił mi później sporządzenie retrospektywnego zapisu moich ówczesnych obserwacji i odczuć.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 5)
Jak zdarza się pewnie dość często przy premierowych odsłonach, ta pierwsza noc była najtrudniejsza. Kaftan, który nosiłem w imię symbolicznej solidarności z ofiarą przestępstwa, był pomyślany również jako rękojmia dla szpitala. Zasupłanie na moim brzuchu jego przydługich rękawów upewniała personel w mniemaniu, że pacjentce nie grozi z mojej strony niebezpieczeństwo. W końcu byliśmy sami, zamknięci w wyciszony pomieszczeniu, bez świadków i kamer. To zabezpieczenie działało jednak również w drugą stronę. Gdyby zdarzyło się coś niestosownego lub dramatycznego, ja byłbym poza wszelkimi podejrzeniami. Ta noc odsłoniła kilka ciekawych, nieznanych mi wcześniej stanów mojego umysłu. Powstawały gdzieś na mglistej granicy, pomiędzy jawą i snem. Już wówczas powoli gubiłem klarowne zwykle poczucie, po której jej brzegu się znajduję. Bariera rozmywała swoje kontury, zacierała linie świadomości, mieszała w mojej głowie obrazy świata realnego, dopełniając go sennymi wyobrażeniami. Teraz powiedziałbym, że to swoistego rodzaju „poszerzona rzeczywistość”, ale wówczas takie pojęcie nie było mi znane.
Lodowaty wręcz kaftan, który mi założono, musiał być przyniesiony z jakiegoś zupełnie nieogrzewanego magazynu. Podczas drzemki wizualizowałem obrazy z odległej przeszłości. Przypominałem sobie z dzieciństwa moment wejścia do zimnego posłania. Spazmatycznie dygotanie, skurczonego do embrionalnej pozycji ciała, oczekującego spełnienia obietnicy starej puchowej kołdry. Jak każdej nocy, wielka góra pierza niezłomnie chroniła mnie przed wychłodzeniem. Niestety nie od razu i nie bez kosztów. Trzeba było najpierw coś jej ofiarować. Pewną wrażliwą część własnego komfortu. Czułem jak gęsia skórka dosłownie szorowała po wewnętrznej stronie rękawów pidżamy, dopóki nie ogrzałem pościeli swoim ciałem. Wówczas skórne wypukłości złagodniały a stopniowo rosnące pod osłoną pościeli ciepło, pozwalało mi wreszcie spokojnie zasnąć
Pierwszy raz od czasów dzieciństwa znalazłem się w stanie tak silnego uzależnienia od woli drugiego człowieka. Moja podejrzliwość podsunęła mi nawet pewną wątpliwość. W półdrzemce zadałem sobie w związku z tym pytanie: Czy przypadkiem to nie ja jestem celem w tym wielkim przedsięwzięciu? Czy projekt nie jest wyrafinowanym kamuflażem mającym doprowadzić do mojej izolacji? Może jedna z moich modelek znalazła absurdalnie bogatego kochanka, który opłacił wszystkie te działania żeby odciąć mnie od mojego archiwum. Jeśli łapówkami skusili skąpo uposażonego, budżetowego profesora, żeby mnie trzymał w izolacji, szprycując prochami tak długo, aż ludzie milionera wyczyszczą wszystkie katalogi moich negatywów. Nie uspokoiła mnie myśl, że zostały dobrze ukryte, tym dłużej będą mnie tu trzymać. Śniłem później jakieś koszmarne pościgi pustymi korytarzami, które zamiast ścian były wytyczone ogromnymi negatywami. Na wszystkich była znajoma twarz profesora, tu dziwnie śniadego i obrośniętego jak lew czarnym owłosieniem wokół całej głowy.
W antrakcie, pomiędzy jedną nocą a drugą nagrałem jeszcze kilka innych półsennych wrażeń, które zgodnie z przypuszczeniem niewiele wnosiły. Nie musiały. Nie taki był cel pierwszej nocy. Po początkowych niespokojnych reakcjach mojej towarzyszki, na sąsiednim materacu zrobiło się ciszej. Zyta zaakceptowała moją obecność.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 6)
Już drugiej nocy zaczęły mi się objawiać nieprzeciętne zjawiska. Przede wszystkim bardzo intensywnie poczułem współobecność Zyty. Oczywiście wiedziałem od początku, że nie jestem w mrocznym pokoju sam, ale to było doznanie dużo szerszego kalibru. Przekraczało prostą percepcję odgłosów czyjegoś oddechu czy szamotania się ciała uwięzionego w parcianym pancerzu. Trudno te doznania zdefiniować, należały bowiem do dziedziny, na którą nie można zebrać żadnych twardych dowodów. Czasem czułem wręcz ciepło mojej współlokatorki, ale bynajmniej nie w czysto fizycznym rozumieniu tego pojęcia. To było coś niezwykle tajemniczego. Przypominało mi trochę wrażenia ludzi, którzy doświadczyli spotykania bliskich, gdy ci ostatni przekroczyli granicę życia i śmierci. Zyta nie straszyła mnie więcej swoim niespokojnym rytmem oddychania. Często wręcz sama cichła, jakby usiłując dowiedzieć się czegoś o mnie, choćby po nasłuchu dźwiękowych oznak życia. Miewałem wówczas pierwsze wizje. Próbując to zjawisko opisać najcelniej musiałbym zaryzykować wprowadzenia pojęcia „obrazu mentalnego”. Nie widziałem rzeczy i ludzi, miałem świadomość ich obecności. Przekaz ten zdawał się omijać narząd wzroku i ograniczał się do rozpoznania przedmiotów na wyższym etapie przetwarzania informacji o nich, już w samym mózgu. Postacie i przedmioty, które w ten sposób poznawałem, nie miały czasem żadnych widzialnych cech pozwalających na identyfikację. Wiedziałem jednak kim i czym są. W moim umyśle tworzył się obraz, rodzaj modułu wizualnego, bez kształtów i kolorów, czysta świadomość . Dopiero wówczas mój mózg zdawał się ubierać te fantomy w fizyczność mi znaną, obrazy z mojego dotychczasowego życia. Jakby chciał w ten sposób przetłumaczyć mi, co było treścią wizji. Tak właśnie to odbierałem.
Pierwszym kadrem nawiązującym do historii Zyty, był motyw zakonnicy na rowerze. Tu właśnie zadziałał opisany wcześniej mechanizm. Nie jestem w stanie wytłumaczyć skąd wiedziałem, że jest zakonnicą. Nie widziałem przecież habitu, ani żadnego innego jej atrybutu. Właściwie nic nie widziałem, ale wiedziałem. Młoda, pogodna dziewczyna kręciła jednośladem slalom wokół bardzo mizernie wyglądających mężczyzn. W pewnym momencie jeden z nich wcisnął z impetem w szprychy jej pojazdu wielki drąg. Bicykl przewrócił się, po chwili dziewczyna leżała na drodze nieruchomo. Na asfalcie pojawiła się plama krwi, która rozlała się kształtem przypominającym graficzny symbol serca. Obok leżał feralny kawał drewna, umoczony jednym końcem w plamie stygnących wybroczyn. Drugi wierzchołek kija kształtem symetrycznie ułożonych kikutów pozostałych po urwanych gałęziach, przypominał krzyż. Całość wyglądała teraz jak wielki miecz wbity w serce albo jak wyrastający z jego kształtu symbol chrześcijaństwa. Zdradziłem się pielęgniarzom, a ci musieli chyba wygadać się lub po prostu zameldować o tym swojemu zwierzchnikowi. Profesor znowu pojawił się w okolicy naszego pokoju, w zapomnianym skrzydle szpitala. Pewnie nie bardzo dowierzał sensacjom przyniesionym przez szpitalny personel, więc chciał osobiście sprawdzić, jakim sposobem dotarłem do informacji o przeszłości Zyty. Wciąż był na mnie obrażony, więc nie pytał mnie wprost. W ogóle ze mną nie rozmawiał. Podpuszczał sanitariuszy, żeby delikatnie wypytywali mnie o szczegóły. Niestety noszowi nie mieli pojęcia o subtelności, więc ciężko mi się z nimi rozmawiało. Kolejnej nocy ktoś koczował pod drzwiami naszego pokoju, wyczułem w tej roli pielęgniarzy, którzy powtórnie nie popisali się przy wypełnianiu kolejnej, delikatnej misji. Zyta to wyczuła, była znowu niespokojna i tym razem nic nowego mi się nie objawiło. W końcu Profesor się przełamał. Stało się to, gdy po następnej nocy opowiedziałem sanitariuszowi o zakonniku, mieszkającym na pustyni. Miał na zgrzebnym ubraniu znak krzyża wbitego lub wyrastającego z serca. Znak podobny do tego z mojej poprzedniej wizji. W pewnym momencie z jego skromnego i małego namiociku zaczęli wychodzić liczni zakonnicy a później również zakonnice. U progu namiotu zrzucali z siebie habity i w dwu, trzyosobowych grupkach szli dalej, już w cywilnych obraniach. Na drogę otrzymywali od zakonnika, ojcowski pocałunek w czoło. Wyglądało to na jakiś rytuał powołania do tajnej służby. Nie rozumiałem tego, a profesor nie chciał mi wyjaśniać, kiwał tylko wciąż swoją wielką siwą głową z „przyklejoną” do niej, zamarłą w zagadkowej zadumie twarzą.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 7) Kolejna transmisja odebrana podczas nocnego, sennego czuwania na brunatnych materacach izolatki, przyniosła mi opowieść o rybaku i złotej… foczce. Poznałem zupełnie nie mieszczącą się w zdrowej głowie historię ubogiego rybaka. Jego dłonie były stare i pomarszczone, gdzieniegdzie blizny lub całkiem świeże otarcia zawinione przez sznurek opierający się banalnym rytuałom wyciągania sieci na przekór oporowi wody i wodorostów. Biedak nie znał fachu lub nie miał szczęścia, wyciągał bowiem z głębin morskich wyłącznie puste sieci. Nagle na brzegu, obok niego pojawiła się foka. Nie była wprawdzie złota, ale natłuszczone futerko tych uroczych stworzeń rzeczywiście zwykle mocno błyszczy w promieniach słońca. Ta również taka była, pełna życiowej energii i chęci niesienia pomocy. Zaczęła kursować między brzegiem a morskimi głębinami. Po każdym zanurzeniu wracała ze srebrzystą zdobyczą. Uwijała się ochoczo, szybko zapełniając kolejne torby, garnki, wiadra, beczki wystawiane przez ubogiego poławiacza. Kiedy obdarowany rybak zdołał zapełnić już wszystkie posiadane pojemniki (łącznie z wanną), chwycił za wielki kij i utłukł wspierające go zwierzę. Jej ciało zostało pożarte a pozbawiona wnętrzności i złocistości skóra spreparowana. Stała później wypchana trocinami na ganku domu rybaka. Widać było dokładniej jej głowę i boleśnie zmrużone oczy. Odnosiło się wrażenie, że jest żywa i nieżywa jednocześnie. To była najbardziej szczegółowo „zilustrowana” wizja ze wszystkich, które dotychczas przeżyłem. Moja bogata w obrazy pamięć, posłużyła za rezerwuar kadrów, które mój umysł perfekcyjnie wykorzystał, dekorując telepatyczny przekaz Zyty. Szukałem w swojej przeszłości owych zasobnych źródeł. Przypomniałem sobie jedną wyjątkową, nadmorską sesję zdjęciową. Moja modelka pozowała wówczas „na syrenę” w przypadkowym (ale wyjątkowo pasującym) towarzystwie pluskających entuzjastycznie fok. Poza tym wychowałem się w domu, gdzie zawsze było dużo ryb. Przywozili je do nas kłusownicy, którzy poławiali je skrycie w państwowych akwenach hodowlanych i nocami zamieniali u tubylców to żywe srebro na zupełnie martwe monety i banknoty. Pamiętam dokładnie ich zmęczone nocnym czuwaniem twarze i poranione dłonie. Po tej nocy byłem nad wyraz skonfundowany. Z jednej strony przepajała mnie ekscytacja, z racji coraz bardziej rozbudowanych wizji. Jednocześnie przybity byłem ich dołującym przekazem. Niestety nie do końca umiałem sobie poradzić ze zrozumieniem, co za ich powierzchownością jest ukryte. Tym nie mniej cieszyłem się, że w ogóle coś się wokół pokoju Zyty zadziało. Sam fakt, że mój medyczny mentor powrócił i zaczął ze mną rozmawiać, było obiecujące. Miałem przekonanie, że Profesor zaczynał z dnia na dzień coraz bardziej wierzyć w moje rewelacje, chociaż nijak nie mieściło się to w jego precyzyjnie poukładanych przez naukę standardach. Jestem również pewien, że przed powrotem do zapomnianego skrzydła swojego szpitala, sprawdził, czy przypadkiem nie miałem możliwości wcześniej poznać losów siostry Zyty, innymi kanałami informacyjnymi. Jeśli pomogły mu w tych ustaleniach służby państwowe uruchomione poprzez kontakty Kraba, to nie powinien mieć więcej wątpliwości. Poza tym pamiętał przecież, że sam wskazał mi konkretny przypadek, spośród wielu mieszczących się w tej szczególnej, najcięższej kategorii, a później niemal natychmiast dobrowolnie utknąłem ze wskazaną przez niego osobą w jej izolatce. Nie byłem w stanie poznać tak wiele nieprzewidywalnych okoliczności i niemal błyskawicznie dotrzeć do objętej tajemnicą lekarską wiedzy, którą on sam pozyskał drogą wielodniowych studiów akt sądowych i wywiadów ze świadkami dramatycznych okoliczności losu tej szczególnej pacjentki jego szpitala.

ODRĘBNA KAT-EGORIA III. Ofiarowanie Zyty (Brudnopis 8)

Po poznaniu wielowarstwowej znaczeniowo wizji żarłocznego rybaka, Profesor dojrzał wreszcie do wyjawienie mi tajemnicy mojej współlokatorki. Źródło jej prawdziwej historii zaczyna się właściwie gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Wówczas wprowadza w życie swoje duchowe wizje Karol de Foucauld, były paryski jezuita, nawrócony w zakonie Benedyktynów, twórca jeszcze zupełnie innego nowatorskiego, niestandardowego zgromadzenia zakonnego Braci Mniejszych. Misjonarz Karol szukał w samotnych wyprawach prawdziwego spotkania z Bogiem. Drogą do tego celu było dzielenie losu z najbardziej ubogimi potomkami dwunożnych istot, stworzonych na boski obraz i podobieństwo ostatniego dnia, pierwszego w tygodnia historii Ziemi. Niesiony duchową potrzebą chodzenia dosłownie ścieżkami Jezusa, udał się do Świętej Ziemi, gdzie zamieszkał właśnie wśród najbiedniejszych Palestyńczyków. Później osiedlił się również na pustynnych ziemiach francuskiej kolonii, na północy Afryki. Tam podzielił tragiczny los dużej rzeszy autochtonów. Został zamordowany, bodajże podczas jednej z plemiennych wojen. Często taki jednostkowy akt poświęcenia, zwłaszcza tragicznie zakończony, pobudza wyobraźnię bliźnich. Na bazie opracowanej przez Karola reguły zakonnej powstało zgromadzenie Mniejszych Braci, a później również ich żeński odpowiednik. Nie nosili oni habitów, nie zakładali klasztorów. Osiedlali się zwykle w dwu, trzyosobowych grupkach. Pracowali, mieszkali i żywili się tak jak inni, raczej ubodzy mieszkańcy okolicy. Jednie co ich różniło to bezżeństwo i poczucie posłannictwa… świadczyli o swojej wierze własnym, codziennym przykładem. Nie oddzielali się od świata klasztornymi murami, ani powierzchownymi atrybutami. Pokazywali, że żyjąc w podobnie skromnych warunkach, można ucieleśniać zasady wiary. Zyta była siostrą zakonną, członkinią tego właśnie nietypowego zgromadzenia.”Foczką”, jak o sobie zwykła mówić, zabawnie przeinaczając nazwisko założyciela swojego zgromadzenia. Na co dzień była pełną pasji i energii dziewczyną z sąsiedztwa. Każdego dnia okazywała wiele życzliwości wszystkim napotkanym mieszkańcom dzielnicy. Żeby pojąć, co się wydarzyło, trzeba by zrozumieć mowę gestów. Są one jak słowa i pojęcia, rzadko wyrażają tylko jedno. Zwykłe słowo „samolot” inaczej zabrzmi w uszach człowieka, który co roku lata na drugi koniec świata, gdzie cieszy się urokami życia wśród sobie podobnych zamożnych turystów. To samo słowo zmrozi osobę, która cudem wyszła cało z tragicznej katastrofy lotniczej. Nikt nie jest w stanie zapanować nad możliwą interpretacją własnych słów i gestów, więc używamy ich swobodnie. Nic się nie dzieje, ponieważ w razie nietrafnej ich interpretacji, możemy coś dopowiedzieć. Jak się jednak okazuje, nie zawsze mamy ku temu sposobność. Jeden z podopiecznych Zyty, pozbawiony dachu nad głową, poniewierany przez ludzi (nawet tych dzielących jego tryb życia na ulicach miast) wzbudził w niej wielkie miłosierdzie. Czy w jej wyjątkowo mocnym afekcie współczucia miało znaczenie jego imię, trudno to teraz pojąć. Gabriel nie był na dnie, był w nie systematycznie i metodycznie wdeptywany. Najbardziej dotkliwe było to, że nie szczędzili mu złorzeczeń również ci, którzy sami byli takich upodleń ofiarami. Tak jakby potrzebowali w totalnym poniżeniu koniecznie poczuć, że ktoś jest jeszcze pod ich stopami. Z tego miejsca wyciągała go swoją delikatną i wrażliwą dłonią Zyta. Co musiał czuć człowiek, który nie dość, że był opluwany przez bliźnich, ale opluwał go również (jego własną śliną) nieustannie wiejący w stronę jego twarzy wiatr. Chwycił się rozpaczliwie wyciągniętej ku sobie ręki zamaskowanej zakonnicy i już jej nie wypuścił, niczym tonący, który ostatnim odruchem chwyta wszystko co stawia jakikolwiek opór. Dlaczego zbezcześcił ciało, które niosło mu czystą miłość, pewnie dlatego, że tego uczucia nigdy nie poznał. Zyta stała się dla niego tym ostatnim człowiekiem, którego udało mu się wdeptać nico głębiej niż znalazł się sam. Tylko to było dla niego zrozumiałe. Pobita do nieprzytomności foczka obudziła się dopiero po kilku tygodniach, wówczas to dramatycznie poraniła swoje ciało, usiłując wyrwać z siebie tą brutalną fizyczność, która zgłębiając jej nietykalność, nieodwracalnie pozbawiał ją czystości, razem z najcenniejszym jego świadectwem, certyfikatem rezygnacji z własnego doczesnego szczęścia. Lekarze wymieniali między sobą makabryczne opisy stanu jej krocza, jak najbardziej mroczną destrukcję, jaką zobaczyli w swojej karierze.  

ciąg dalszy nastąpi…

MAGAZYN ROZRYWKOWY. FAKTY. HUMOR. SATYRA