OPOWIEŚCI…

KSIĘGA EZAWA (opowieść snuta brudnopisem)
Tytułem wstępu:
Można domniemać, że wśród naszej populacji, zbliżającej się do ośmiu miliardów istnień, większość to ludzie, którzy pokornie proszą i modlą się o upragnione rozstrzygnięcia w ważnych dla nich, wielkich i drobnych życiowych sprawach. Jeśli ich oczekiwania się spełniają, okazują radość i wdzięczność. Niepowodzenie wywołuje w nich rozczarowanie, smutek, czasem irytację...
Inni, mniej liczni wciąż bardzo czegoś pragną. Usilnie do tego dążą, angażując całą swoją energią. Dla zrealizowania swoich celów są w gotowi poświęcić wiele, czasem nazbyt wiele... Osiągnięcie zamiarów budzi w nich poczucie sprawczości i pragnienie wciąż większej władzy nad życiem własnym i innych. Porażka wywołuje w nich gniew, agresję, czasem nieuzasadnioną mściwość...
Są wreszcie najmniej liczni, którzy niczego nie pragną zawczasu i nawet nie są wdzięczni (ani niewdzięczni) za to, co przynoszą im kolejne dni. Przyglądają się sobie i temu, czego doświadczają, przemierzając krok po kroku własną, niepowtarzalną drogę życia... Niczego, co ich spotyka nie oceniają w kategoriach porażki czy sukcesu.... każdy dzień jest niespodziewanym, nowym doświadczeniem odkrywania siebie i Świata, w którym przyszło nam żyć.

KSIĘGA EZAWA to wybiórcza opowieść o niektórych naszych wyborach i postawach wobec życia i losu oraz co z nich wynika.

Księga Ezawa

(brudnopis 1)
Jak bardzo pokręcone trzeba mieć poczucie humoru, żeby w czasach współczesnych nadać bliźniakom imiona Jakob i Ezaw?

Takie właśnie pytanie padło podczas rozmowy pomiędzy pielęgniarką i lekarzem, wypisującymi ze szpitalnego oddziału porodowego uśmiechniętą Gretę i jej dwójkę synów. Tak właśnie się stało tu, w małym mazurskim miasteczku, wśród społeczności o silnych niemieckich korzeniach kulturowych i coraz mniej dominującej protestanckiej religijności. Przyczynkiem tego zniesmaczenia kadry medycznej była zapisana w Biblii historia braci, walczących o pierworództwo. Czytanie Pisma w rodzinach protestanckich nie była czymś niezwykłym, co często również odbijało się znaczącym echem w ich codziennym życiu. Tym bardziej, jeśli dotyczyło to lokalnego duszpasterza. Rodzice bliźniaków, jak każda para żyjąca w pokorze i skromności nie uzurpowali sobie jakiejś szczególnego miejsca i roli w dziejach ludzkości. W obu tych, rozdzielonych przez wieki, wydarzeniach podwójnej ciąży, było jednakowoż kilka punktów zbieżnych. Stąd właśnie wziął się pomysł upamiętnienia tego szczególnego przypadku w ich przewidywalnym (jak się wcześniej zdawało) życiu. Uradowani niebanalną koincydencją, nie bacząc na ewidentne różnice, nawiązali do tego biblijnego zdarzenia wypełniając deklarację rejestracji noworodków w miejscowym Urzędzie Stanu Cywilnego. Jeden z nowo narodzonych chłopców rzeczywiście był rudy jak przysłowiowa marchewka. Ten drugi natomiast, niczym jego słynny starotestamentowy poprzednik wyślizgując z łona, trzymał zaciśniętą dłoń. Z tym, że zamiast stopy brata, uchwycił się mocno własnej pępowiny. Na niedomiar złego ściskał tak niefortunnie mocno, że nieomal nie umarł, jeszcze przed własnymi narodzinami. Odwrotnie niż w Księdze Wyjścia, czarnowłosy Jakob już w łonie zdobył palmę pierwszeństwa i to właśnie jego czarną czuprynę, jako pierwszą zobaczył ojciec Zygfryd. Później jednak czekało go ogromne zaskoczenie. Spodziewający się kolejnego dziecka ojciec lustrował krocze żony z niesłabnącym zainteresowaniem. Zmylił go jednak kolor, równie obfitej czupryny drugiego synka. Przyznał później, że wziął początkowo jego włosy za broczącą krew lub przodujące łożysko. Zygfryd i Greta Mantei byli zgodnym małżeństwem. Uczciwie dzielili się domowymi licznymi obowiązkami, rosnącymi równo z każdym kolejnym dzieckiem. Ojciec i mąż, jako głowa rodziny dumnie ignorował wszelkie podszepty sąsiadów, próbujące określać go epitetem pantoflarza. Chłopcy rozwijali się adekwatnie do średniej normy charakteryzującej dzieci w zbliżonym do nich wieku. Nie odnotowano żadnych poważnych problemów zdrowotnych, niepożądanych reakcji na szczepienia czy aplikowane lekarstwa. Jakob nie był faworyzowany w żaden systemowy sposób, niemniej jemu zwykle przypadało pierwszeństwo. To on bowiem zawsze głośniej się domagał pokarmu, gdy tymczasem Ezaw cierpliwie czekał na swoją kolej i zadowalał się tym, co mu pozostawało w matczynych piersiach. Starszy brat pierwszy zaczął pełzać, siadać i stawiał pierwsze kroki. Najszybciej również wypowiedział pierwsze, usłyszane przez osoby trzecie słowa.

(brudnopis 2)

Zygfryd był pastorem pro bono w niewielkiej rozproszonej po kilkunastu wioskach społeczności, której zapewne nie byłoby stać na regularne opłacenie jego posługi. Nie było to konieczne, ponieważ pastor i tak by ich oferty nie przyjął. Nie chciał od wiernych brać pieniędzy, znając ich trudną sytuację materialną. Tym bardziej, że do pracy duszpasterskiej czuł niekłamane posłannictwo. Sprawiała mu ona radość oraz poczucie wznoszenia się ponad horyzont możliwości rozwoju intelektualnego i duchowego, dostępnego osiedlonym na wsi rolnikom. Z tego powodu uważał, że wynagrodzenie już otrzymuje i to z naddatkiem. Czasem parafianie przynosili mu swoje plony, ale on zawsze dyskretnie przykazywał je bardziej potrzebującym. Jedyne na co się godził, to wspólne remontowanie i sprzątanie sali modlitw, ale zawsze robił to razem z innymi. Traktował to zajęcie jako element scalający wspólnotę. Cotygodniowe spotkania wiernych odbywały się na terenie gospodarstwa Zygfryda, w niewielkim murowanym obiekcie, który już kiedyś pełnił rolę kaplicy. Było to w latach, gdy wokół zamieszkiwało znacząco więcej wyznawców kościoła reformowanego. W tym właśnie budynku posługę świadczył Wilhelm, pradziadek obecnego kaznodziei. Jego potomkowie nie garnęli się do podtrzymywania i rozwijania rodzinnych tradycji aż do czasów obecnych. Zygfryd dał się poznać jako osoba mocno zagłębiona w biblijnej materii, z wielką umiejętnością niestandardowego odczytywania zawartej w Piśmie wskazówek, służących pomocą dla wszystkich wierzących. Również jego liczna rodzina była często stawiana jako wzór do podążania ścieżkami wyznaczonymi przez Proroków i Zbawiciela. Kapłan – wolontariusz potrafił również znajdować wspólny język z mieszkającymi w pobliżu innowiercami. Był lubiany za cenne życiowe rady i wskazówki, chociaż boczyli się trochę na niego, ponieważ nigdy nie dał się namówić na wspólne biesiadowanie wzbogacone częstym i obfitym przełykaniem samogonu. Ze względu na liczne obowiązki w domu i obejściu, poza własnym gospodarstwem nie pracowała również Greta. Rodzina nie narzekała jednak na żadne niedobory. Produkty spożywcze, pozyskiwali z własnego gospodarstwa. Pozostałe potrzeby życiowe, takie jak ubrania czy narzędzia zapewniały im niewielkie dochody z zakontraktowanych upraw. Dom był czysty i ciepły, od progu czuło się jak wypełnia go miłość i serdeczność jego właścicieli. Nikogo nie zdziwiło, że w kolejnych następujących po sobie latach zagnieździła się w nim spora gromadka dzieci. Rodzina prowadziła niewielkie gospodarstwo, bardzo typowe dla tamtego regionu. Składało się na nie trochę uprawnej ziemi oraz łąka, używana jako pastwisko oraz źródło paszy na zimę. W obrębie ich posiadłości był również niewielki las, skąd czerpali drewno na opał i zbierali dary natury: grzyby, jagody, płatki i owoce dzikiej róży, czarny bez… Mieszkali w niewielkim domu połączonym wspólną ścianą z zagrodą dla zwierząt. Było to bardzo praktyczne rozwiązanie ze względów ekonomii ogrzewania jak i bezpieczeństwa, szczególnie gdy do ptactwa próbował się zakraść lis.

(brudnopis 3)
Ktoś z wiernych, szczerze zapatrzony w bogobojność Pastora wygłosił opinię na temat liczby jego dzieci. Zauważył bowiem, że było ich dokładnie tyle, ile dni w tygodniu. To dlatego, jak argumentował, przyszło ich na Świat dwoje dnia szóstego, żeby ich „kreator” też mógł cieszyć się odpoczynkiem. Dokładnie tak, jak przystało czynić wierzącym w tym uświęconym przez Stwórcę dniu. Niechcący zawarta w tym zdaniu „przepowiednia” się spełniła i Greta rzeczywiście już więcej dzieci nie urodziła. Na bliźniaków czekała w domu już piątka, wyłącznie żeńskiego rodzeństwa. Przez kilka miesięcy ciąży w głowach i sercach gromadki dziewczynek, oczekujących na spodziewane, podwójne rodzeństwo, rodziło się wiele różnych emocji. Górowała ciekawość i spekulacje dotyczące płci nowo przybywających pod wspólny dach. Dało się słyszeć również odgłosy obaw. Dotyczyło to zwłaszcza tych młodszych, one na świeżo miały w pamięci, jak smakują chwile nagłego oddalenia się rodzicielki pod sam koniec ciąży, a zwłaszcza po porodzie. Najbardziej ze wszystkich zaniepokojona nadejściem oczekiwanej dwójki była najstarsza córka, Maria. Jej zatroskanie miało wyjątkowo osobisty, pragmatyczny charakter. Tuż przed nadejściem „ery bliźniaków” pierworodna miała piętnaście lat, z których jedynie trzy pierwsze były wypełnione w pełni radosnym i błogim dzieciństwem. Niestety wkrótce wszystko się zmieniło, za przyczyną pojawiających się w domu, kolejnych brzdąców. Drugim dzieckiem była Marta. Kiedy Maria zobaczyła małą siostrę w swoim łóżeczku, początkowo bardzo się ucieszyła. Biegała po całym mieszkaniu wołając w kółko: Dzidzia! Dzidzia! Dzidzia! Nie każde dziecko może mieć taka wielką, żywą lalę. Jednak z każdym upływającym dniem coraz dotkliwiej odczuwała, że musi zadowalać się mniej niż połową matczynego czasu. W tych trudnych dla niej momentach czuła znaczące wsparcie ojca. Siedząc na brzegu jej łóżka, Zygfryd opowiadał na dobranoc przedziwne historie. Raczej nie były to znane powszechnie baśnie, raczej przypowieści wyłącznie jego własnego autorstwa. Niekiedy pojawiały się historie, mocno zakorzenione w Biblii. Podobnie jak w bajkach, ich bohaterami były najczęściej zwierzęta. Wszystkie historyjki oczywiście podane w formie przystępnej dla wieku słuchaczki i zakończone edukacyjnym morałem. Zdarzało się, że cechował je charakter duszpasterskiej nauki. Pastor miał zwyczaj „testować” nowe kazania na różnych słuchaczach. Obserwując ich reakcję, mógł później przebudowywać przygotowany wstępnie tekst, czyniąc go bardziej zrozumiałym i dostosowanym do wieku wiernych, prowadził bowiem specjalne nabożeństwa dla dzieci. Maria była szczególną słuchaczką, śledzącą uważnie każde wypowiedziane przez tatę słowo. Jej interpretacje wiele wnosiły do finalnej formy treści kazania. Tak właśnie było w nauczaniu nawiązującym do ewangelicznej historii magów, zobrazowanym na przykładzie trzech króliczków. Miały one wracając z gościny obrać inną drogą, żeby uniknąć czyhającego na ich życie wilka. To mądre i rozważne zachowanie również w codziennych przypadkach zwykłych ludzi. Maria szybko zauważyła, że ta metoda nie zawsze byłaby skuteczna. Zwłaszcza w przypadku, gdyby drapieżnik nie zobaczył podróżników idących na spotkanie. Wówczas zmieniając drogę powrotną do domu, zwiększyliby prawdopodobieństwo spotkania wilka a zarazem ryzyka groźnego w skutkach ataku. Pastor użył później tego argumentu podczas kazania, zaznaczając, że żadna gotowa strategia nie zwalnia człowieka z czujności i elastyczności, pozwalających uniknąć czającego na nas niebezpieczeństwa.
Po dwóch pierwszych dziewczynkach w domu rodziny Mantei urodziły się jeszcze kolejne trzy. Pierwsza odziedziczyła imię po żonie przodka, znanego przed laty lokalnego kaznodziei Wilhelma. Na oryginalne imię pastorowej, brzmiące Susanne, kategorycznie nie zgodził się gminny urzędnik. W rubryce nowo narodzonej wpisano więc jego spolszczoną wersję, Zuzanna. Tuż przed bliźniakami pojawiły się jeszcze Matylda oraz malutka Rut. Ta ostatnia dziewczynka była wcześniakiem i całe swoje młode życie chorowała na wszystkie zakaźne choroby, które pojawiły się w okolicy.

(brudnopis 4)
Każdy kolejny poród Grety oznaczał dla Marii zwiększenie obowiązków pomocy rodzicom przy pracach domowych i gospodarczych. Szczególnie trudniej miało być w tym przypadku, ponieważ spodziewano się dubletu. Nie znano wówczas na prowincji sprzętu, do podglądania rozwijającego się płodu, ale był doświadczony sędziwy ginekolog, Manfred Haas. Dyplomowany w przedwojennym Berlinie lekarz, poza ogólnie powszechne uznaną renomą, znany był również ze szczególnie trafnych typowań mnogich ciąż. Od diagnozy doktora Haas’a, Maria regularnie wpadała w panikę, gdy tylko w domu wypowiadano słowo poród lub rozwiązanie. Pewnej nocy miała nawet sen o dziwnym dniu, w którym od rana do wieczora wszystko robiła dwukrotnie. Jej ulubione czynności jak czytanie, kąpiel czy śniadanie były nawet miłe, gorzej było ze zmywaniem talerzy czy przewijaniem Rut. Tej mrocznej nocy musiała wycierać dwukrotnie każdą kolejną kupkę malutkiej siostry i przepłukiwać bawełnianą pieluchę. Było ich tak wiele, że już straciła orientację, czy to deja vu, czy kolejna brązowa plama. Kiedy się wreszcie wyrwała z nocnego widziadła niezwykle ucieszyła ją konstatacja, że na szczęście Rut już nie nosi pieluch. Wprawdzie z czasem do domowych obowiązków stopniowo włączana była Marta, ale ze względu na jej wiek największy ciężar i tak spoczywał na barkach pierworodnej. Maria czuła się notorycznie niewyspana, przemęczona i przede wszystkim niespełniona. Czuła jak każda chwila poświęcana rodzinie zabiera jej osobisty czas. Takie podziały właśnie sobie wymyśliła, moje to moje a reszta wasze. Kiedy czuła się nazbyt przytłoczona powinnościami wobec rodziny, dosłownie rejterowała „chowając się” pod zgrzebnie tkaną zasłoną choroby. Nie żeby cokolwiek zmyślała, jej ciało włączało prawdziwy alarm, objawiający się dolegliwościami psychosomatycznymi. Dziewczynka zwijała się na swoim łóżku w kłębek, niczym dotkliwie poraniona kotka. Odcinała się od świata, tym realnie odczuwanym dla niej samej bólem i cichutko kwiliła. Kilkakrotne wizyty wzywanego wówczas lekarza nie przynosiły rezultatu, więc ukuto powiedzenie, że to jest taka jej uroda. Po kilku godzinach, czasem dniach wszystko wracało do wcześniej akceptowanego porządku i życie toczyło się po staremu. Historia powtarzała się wielokroć i wszyscy się do tego trybu przyzwyczaili. W tych krytycznych momentach jej zadania przejmowała dorastająca Marta, która nigdy nie miała o to pretensji do starszej siostry. Jej naturalnie wysoki poziom empatii wyczuwał prawdziwość cierpień Marii. Po kilku latach zrozumiała również cały ten mechanizm resetu, który za tymi ciężkimi stanami się krył. Zaakceptowała to, chociaż sama nigdy w taki sposób nie reagowała. Trudno byłoby nie zauważyć totalny brak podobieństwa osobowości siostrzanego duetu. Marta skupiała się na świecie zewnętrznym, tym namacalnym. Nawet jeśli pochłonęła ją lektura, lub innego rodzaju zajęcie, to szybko reagowała na wszelkie zjawiska i sygnały dochodzące do jej zmysłów. Była dokładna i sumienna we wszystkim, co należało do jej obowiązków. Troska nad młodszym rodzeństwem czy zwierzętami w gospodarstwie sprawiała jej niekłamaną radość. Robiła to nawet, gdy nikt tego od niej nie oczekiwał. Pożółkła fotografia w rodzinnym albumie uwiecznia scenkę, w której tle malutka Martunia karmi drób. Rzuca wysoko w górę ziarna trzymane w podwiniętej do góry sukieneczce. Na innym starsza już Marta kręci bicyklem kółka na gościńcu, przed domem. Pewnego razu upatrzyła sobie młodą kurkę, do której zapałała obustronną miłością. Nadała jej imię Klara, na które przybiegały również inne kokoszki. Nauczyły się tej reakcji, ponieważ Marta często przywoływała swoją skrzydlatą przyjaciółkę przynosząc jej smakowite ziarenka. Każda mieszkanka kurnika chciała się na nie załapać. Kiedy ziarno się kończyło, wszystkie wędrowały dalej poszukując innych kurzych łakoci. Pochylały nisko głowy, po każdym drapnięciem pazurami w glebie i chwytały w dzioby wszystko, co się poruszyło. Klara jednak pozostawała z Martą a ich ulubionym zajęciem była właśnie wspólna jazda rowerem. Podfruwała na podrdzewiałą kierownicę i z dumą lustrowała migające obrazy podwórka. Być może wówczas zdawało jej się, że frunie. Klara miała doczekać sędziwego wieku i ponoć dopiero lis skrócił jej niespotykanie długi żywot. Tymczasem Maria tu i teraz często była jakoś nieobecna. Jeśli tylko zaintrygowała ją jakaś myśl, potrafiła zapomnieć o otaczającym ją świecie. Przeżywała fascynacje, których częstym źródłem stawała się kolejna ojcowska przypowieść. Później, jak trochę urosła, sama zaczęła czytać Biblię. Wygrzebywała z jej stron intrygujące fragmenty, które wciągały ją głęboko w rozliczne dylematy. Potrafiła długo rozwodzić się nawet nad prostymi wyborami bohaterów Świętej Księgi. Zdawało się, że towarzyszy ich alternatywnym losom, analizując konsekwencje potencjalnie innych decyzji. Czas i droga się rozwidlały, a Maria przechodziła każdą z nich aż do kolejnego rozgałęzienia i tak w nieskończoność.

(brudnopis 5)
Poza jednym przypadkiem Zygfryd uczestniczył w porodach wszystkich swoich dzieci. Jakkolwiek pierwsze wyzwanie, które zmusiło go do odegrania roli akuszera nie było w żaden sposób związane z jego małżonką.
Sąsiednie gospodarstwo samotnie prowadziła młoda dziewczyna Elza, której całą rodzinę brutalnie zmiotła wojenna zawierucha. Kilka lat po ustaniu działań zbrojnych dziewczyna „padła łupem” zabłąkanego sowieckiego oficera. Nie wyruszył ze swoimi czerwono armijnymi pobratymcami w zwycięskim pochodzie na zachód. Pozostał na Mazurach, jako strażnik rewolucyjnych zdobyczy. Dużo i często pił, co w tej grupie okupantów było dość częstym sposobem na ukrycie dręczących wyrzutów sumienia czy niespełnionych ambicji. Pewnej nocy totalnie zamroczony politruk zza Buga, zmarznięty na kość stanął na progu domu samotnej kobiety. Dzięki masywnej budowie ciała łatwo uporał się ze starymi drzwiami, wywarzając je razem z futryną i z impetem wtargnął do środka. Zbudzona hałasem gospodyni, jeszcze na pół zaspana wpadła do sieni. Tymczasem prący do przodu intruz potknął się o wystającą z podłogi deskę progową i runął w dół akurat w miejsce, do którego dobiegła Elza, przyciskając ją swoim zwalistym ciałem. Był tak piany, że zasnął zaraz jak tylko poczuł ciepło wnętrza domu. Przygnieciona do podłoża ofiara straciła przytomność po uderzeniu głową o dębowe deski. Ocknęła się totalnie oszołomiona sytuacją w jakiej się znalazła. Drobnej postury kobieta nie miała możliwości wykaraskania się spod tony cuchnących zwałów tłuszczu z niewielkim dodatkiem kości, mięśni i co tam jeszcze każdy człowiek w sobie nosi. Bała się krzyczeć w obawie, że napastnik się obudzi i uciszy ją na dobre. Leżeli tak aż do świtu. Kobieta czuła jak od nacisku zaczyna już tracić władzę w kończynach. Słońce wdarło się do przedpokoju i oficer zaczął powoli odzyskiwać stan umysłu zwykle nazywamy świadomością. Równocześnie zbudził się w nim najbardziej prymitywny, samczy instynkt. Poczuł pod sobą niewiastę odzianą wyłącznie w nocną koszulę, która nie miała siły się obronić. Elza znała wiele historii dziewczyn, które w okolicznych miasteczkach były ofiarami seryjnych gwałtów dokonywanych przez wyposzczonych żołdaków armii ze wschodu. Nie wszystkie przeżyły to bolesne fizycznie i destrukcyjne psychicznie doświadczenie. Kiedy dzikie hordy sowietów ruszyły dalej na Berlin, zamieszkujące poniemieckie tereny niewiasty odetchnęły z ulgą. Łudziły się, że to już się nigdy nie powtórzy. Większość autochtonów wyjechało wkrótce po wojnie na zachód w ramach wielkiej akcji wysiedleńczej licznej niemieckiej społeczności. Elza była przywiązanie do swojego rodzinnego domu, gdzie wciąż czuła oddech wszystkich swoich zmarłych tragicznie bliskich. To właśnie ją powstrzymało przed emigracją, chociaż z punktu widzenia formalnego najistotniejszą rolę odegrał fakt, że miała również po części polskie korzenie. Przez kolejne lata wciąż zdarzały się sporadycznie podobne przypadki przemocy seksualnej. Zgłoszenia wykorzystania kobiet przez stacjonujących w Polsce Rosjan były wówczas ignorowane, nie przyjmowane lub w ogóle nie zgłaszane przez ofiary. Pilnująca porządku polska milicja nie zawsze miała odwagę przeciwstawić się zwyrodniałym reprezentantom potężnego okupanta, który dla ówczesnej władzy politycznej był gwarantem jej trwania u sterów wasalczego państwa. Można powiedzieć, że Elzę los oszczędził przed najgorszym, ale nie obronił przed złym. Na jej szczęście nie był to gwałt zbiorowy, na nieszczęście skutkował znienawidzoną ciążą. Pastor poświęcił sąsiadce wiele czasu, pomagając jej poradzić sobie z traumatycznym przeżyciem i jego daleko w przyszłość wybiegającymi konsekwencjami. Życzliwy sąsiad spędził z nią wiele godzin na rozmowach prowadzonych ot tak, mimochodem, przy okazji dobrosąsiedzkiej pomocy. Jeśli tylko nie było pilnych pracy w domu i obejściu, przychodził z tym praktycznym, psychologicznym i duchowym wsparciem w towarzystwie żony. Później przyprowadzał do skrzywdzonej sąsiadki również innych swoich parafian. Wszystko co robił duszpasterz było częścią planu tworzenia wspólnoty. Wiedział jednak, że ta idea wymaga wielkiego poświęcenia zarówno osobistego jak i całej jego rodziny. We wszelkich tych działaniach integrujących społeczność parafianie się wymieniali, ale on był zawsze wśród nich. Miał świadomość, że gdy choć raz odpuści cały misternie tkany zamysł może runąć. Im bliżej było rozwiązania u Elzy tym bardziej potrzebna była pomoc w wielu ciężkich fizycznie pracach gospodarczych. Tak się złożyło, że podczas jednej z tych wspierających wizyt, brzemiennej odeszły wody i zaczęła rodzić. Zygfryd posłał jednego z pomocników po doktora Haas’a, z dwójką pozostałych zaczął organizować miejsce dogodne do odebrania noworodka. Poszukali i wyciągnęli stertę czystych ręczników i prześcieradeł, zaczerpnęli wody i nastawili ją w kilku największych garnkach na wielkiej kuchennej płycie, pod którą podrzucili drewna dla podsycenia siły ognia. Domowe porody były tu codziennością i mimo skrzętnie skrywanym przed mężczyznami widokiem rodzącej, każdy z nich coś o tym wiedział. Kiedy na miejsce dotarł doktor Manfred trzeba było tylko odciąć pępowinę i sprawdzić stan zdrowia matki.

(brudnopis 6)
Pomimo szczerych intencji, działania Zygfryda nie do końca przebiegły po jego myśli. Sąsiadka wprawdzie urodziła niechciane dziecko, ale natychmiast po porodzie oddała je do adopcji.
Wciąż dręczyły ją wojenne koszmary. Straszny, trwająca nieprzerwanie kilka lat sen, z którego nie można się wybudzić. Brutalnie urealniony niewyobrażenie głęboko przeżytą startą wszystkich bliskich. Odczuwana niemal codziennie groźba gwałtownego skrócenia bardzo młodego jeszcze wówczas życia. Wreszcie ten niespodziewany cios, gdy już prawie udawało się budzić z nadzieją na lepszy czas. Ta druzgocąca kulminacja nieszczęść i lęków, pozwoliła jej poznać siebie samą wystarczająco głęboko. Skonfrontowała wszystkie swoje słabości i dostrzegła jak bardzo zbliżyła się do granicy wytrzymałości. Stojąc na krawędzi, zaczęła odczuwać ten dziwny przymus postawienie kolejnego kroku w przepaść. Do tej pory stawała oko w oko wyłącznie w obliczu zakończenia własnej egzystencji. Wobec spodziewanego ciężaru odpowiedzialności za drugą, całkowicie bezradną osobę, zdezerterowała. Jakże łatwo można byłoby dokonać pochopnie jej osądu, kwestionując najbardziej elementarną ludzką wartość, jaką w oczach społeczeństw jest macierzyństwo. Wybór, którego dokonała, był jednak bolesny przede wszystkim dla samej Elzy. Doszła jednak do racjonalnego wniosku, że każdy poza nią, będzie miał większą szansę pokochać tę niewinną niczemu, niepozorną istotę. Miała nadzieję, że rodzice zastępczy zdołają zaoferować jej dziecku pomyślniejszą przyszłość, nie dźwigając ciężaru gwałtu dokonanego na jego matce. Stworzą mu perspektywę lepszą niż była zdolna wytyczyć ona sama, obarczona traumatycznym wspomnieniem przemocowego poczęcia. Pozostała jednak zasadnicza kwestia, dotycząca ustanowienia opieki zastępczej w sposób skutecznie odcinający sierotę od jej całej, złej przeszłości. Rozwiązanie podpowiedział splot kilku dramatycznych wydarzeń. Tego samego dnia, miał miejsce inny poród, w którym nie przeżyła ani rodząca, ani noworodek. Samotna Olga Mróz, mieszkanka pobliskiej wioski odeszła zabierając ze sobą w zaświaty swoje, ledwo co narodzone maleństwo. To z tego powodu wezwany przez Zygfryda na pomoc ginekolog nie zdążył na czas. Pojawiła się szansa na „zamianę” obu niemowląt. Według nowej wersji zdarzeń martwy płód miała urodzić kobieta, która przeżyła, a jej brzemienna rówieśniczka osierociła dziecko, oczekujące błyskawicznej adopcji. Umysł Elzy podszepnął jej myśl, która szła dużo dalej. Jej plan był karkołomny, ale jednocześnie rozwiązywał wszystkie dylematy i spełniał jej najskrytsze marzenie. Zapragnęła bowiem w głębi serca całkowicie nowego życia. Białej karty, którą będzie wypełniała, tak jakby właśnie się urodziła. O ryzykownej zmianie tożsamości i całej tej zawiłej mistyfikacji wiedział również Zygfryd. Mało tego, stał się świadkiem potwierdzającym alternatywny scenariusz. Zapewne bez udziału Pastora byłoby to niemożliwe. Współdzielił on bowiem wielkie brzemię karnej odpowiedzialności, które wziął na siebie Doktor Manfred Haas. Kluczowym argumentem w realizacji ryzykownej roszady dokumentów, był jednak dla lekarza dług wdzięczności lokalnego przedstawiciela władzy, który Manfredowi zawdzięczał życie. Skoro wszystkie okoliczności były sprzyjające, decyzja zapadła i tak właśnie się stało. Bezdzietna para, przejmująca dziecko dowiedziała się o rzekomym zgonie jego rodzicielki podczas trudnego i niezwykle skomplikowanego medycznie porodu. Tuż przed swoją świadomie oczekiwaną śmiercią, wykrwawiona i wyczerpana fizycznym bólem kobieta miała błagać lekarza, by za wszelką cenę uratował jej dziecko i oddał w ręce dobrych ludzi. Według uzgodnionej wspólnie wersji zdarzeń, ojciec noworodka również już nie żył. Stąd też wniknęła tak nagła potrzeba przygarnięcie pozostawionego zupełnie samego na świecie malutkiego człowieka. Przedwcześnie zmarli rodzice sieroty nie posiadali żadnej rodziny. Ten fakt jeszcze długo po wojnie nikogo specjalnie nie dziwił. Tym bardziej tu, na terytorium dawnych Prus Wschodnich, zasiedlonych przez wojennych „rozbitków”. Ludzi, którzy stracili dobytek życia budowany często przez kilka pokoleń. Jednym dach nad głową zniszczyły bomby, innym odebrano ich własne domy i gospodarstwa, gdzieś na kresach starej ojczyzny. Jeśli mieli żyjących krewnych, to jadąc na nieznane ziemie, emigrowali tam najczęściej całymi, wielopokoleniowymi rodzinami. Przełamywali urazy, łagodzili familijne spory i waśnie, bo najważniejszym wymogiem ówczesnej chwili było przetrwanie. Jeśli ktoś pojawiał się sam, to najczęściej znaczyło, że wszystkich bliskich już bezpowrotnie utracił. Dowody osobiste zaczęto wprowadzać w Polsce dopiero w latach 50-tych, nie od razu wszyscy je otrzymali. Wcześniej potwierdzenia identyfikujące obywatela uzyskiwano dzięki oświadczeniu świadków. Czyniono tak ze względu na występujący czasami całkowity brak jakichkolwiek dokumentów, które uległy zniszczeniu w czasie wojny. Zmarła przy porodzie kobieta, Olga również miała zmyśloną tożsamość. Za poświadczenie nieprawdy zapłaciła złotem polskiemu małżeństwu z Wołynia, z którym przywędrowała na terytorium Polski Ludowej. W rzeczywistości była uciekinierką z „sowieckiego raju”. Pech chciał, że nie zakosztowała upragnionej wolności zbyt długo.
Odcinając się od bolesnej przeszłości, po kilku ledwie dniach niezbędnych dla odzyskania sił, Elza wyjechała w nieznanym kierunku. Teraz już jako wyimaginowana Olga Mróz, której bliskich zamordowano na wołyńskiej ziemi, otworzyła drzwi do zupełnie nowego rozdziału życia. Pastor przyjął decyzję sąsiadki ze zrozumieniem. Duszpasterską „porażkę” potraktował jako lekcję koniecznej pokory wobec niezgłębionych wyroków Pańskich. Kto z nas jest tak mądry i tak dalece widzący przyszłość, by odgadnąć i doradzić autorytarnie, co naszemu bliźniemu wyjdzie na dobre, a co mu zaszkodzi.

(brudnopis 7)
Po rzekomej śmierci Elzy, jej dom nie stał długo pusty. Za sprawą partyjnego przydziału porzucone gospodarstwo zajęli dwaj bracia, Antoni i Zenon o coraz bardziej oczywistym z każdym rokiem nazwisku Starzec.
Obaj zatwardziali, wieczni kawalerowie i wówczas już emerytowani żołnierze polskiego wojska, utworzonego za wschodnią granicą i zwanego ludowym. Trzeba przyznać, że Starcom sprzyjało jakieś wyjątkowe życiowe szczęście. Ocaleli w siarczystych mrozach na dalekiej Syberii, jako jedyni z całej zesłanej tam rodziny. Przeszli cało przez piekielną drogę od rzezi pod Lenino, aż po chwalebne zdobycie Berlina. Żaden nie został ranny, ani nawet draśnięty kulą, odłamkiem pocisku czy granatu. Patrząc z dumą wstecz, odnajdywali w wyjątkowym losie, jaki przypadł im w udziale, potwierdzenie własnej nietuzinkowości. Wartościując upływające powoli życie, popadali się niemal w narcyzm. Sprawdzone w bojach, braterskie towarzystwo cenili ponad obecność kobiet, które traktowali wyjątkowo przedmiotowo i brutalnie. Tak przynajmniej udawało im się to na froncie, gdy plądrując zabudowania po zdobyciu kolejnych miejscowości dopadali samotną kobietę. Również i to, za każdym razem uchodziło im to na sucho. Koniec wojny zbiegł się z coraz bliższą perspektywą nadchodzącej zwiędłości. Spadał poziom adrenaliny, a wraz z tym procesem ujawniały się skrywane poprzez nią słabości ciała. Poza wszystkim często sączony alkohol robił swoje i słabnące libido również nie starczało na zbyt wiele. Zmieniły się priorytety. Teraz to tłuste boczki, golonki i butelka wódki, pitej ostro we dwóch wystarczała im do odczuwania pełni szczęścia. Tylko czasem, gdy upojona bimbrem fantazja nabierała rubasznych damskich kształtów, kupowali sobie jej materializację za żywą gotówkę. Na zaspokojenie swoich chuci potrafili wydać ostatnie zaskórniaki. Nie zamierzali wiązać się na dłużej, czy wręcz na stałe z przedstawicielkami przeciwnej płci, którym nigdy nie zaufali. Z czasem koszty coraz droższych usług towarzyskich zaczęły ich przerastać, co zmuszało do ograniczania zakresu zamówienia. Wówczas mogli sobie jedynie patrzeć lub dotykać. Po przekroczeniu budżetu przymusowo pościli, niecierpliwie zgrzytając zębami w oczekiwaniu na spłynięcie należnej emerytury. W końcu wszystkie te, wiadomej kategorii zachcianki zostały całkowicie zagłuszone, bo co jak co, ale pełen brzuch cenili sobie najbardziej. Reszta pozostała w sferze niespełnionych pragnień, obecnych już tylko w zasobach wulgarnego języka. W słoneczne lub co najmniej pogodne dni przesiadywali razem na prostej, kamiennej ławeczce pod domem. Widoczni byli już z daleka ze względu na brak drzew przed domem, które wycieli, by zaoszczędzić na opale. Trwali tak niemal w całkowitym znieruchomieniu, opierając się o ścianę elewacji, zdobionej tu i ówdzie skromnie dekoracyjnymi wzorami, z kładzionej pod innym kontem czerwonej cegły. Lekko przygarbieni, przyciśnięci do siebie barkami jak syjamskie bliźniaki, raczyli się darmowym ciepłem z nieboskłonu, ogrzewającym ich stare ciała aż do kości. Kiedy słońce zmieniało pozycję nad ich posesją, liczne rzędy medali, przyznane im za wojenne zasługi, wysyłały w okoliczną przestrzeń refleksy świetlne, niczym lusterkowe zajączki. Teren wokół gospodarstwa Elzy był ogrodzony solidnym drewnianym płotem. Nowi właściciele jednak stopniowo go redukowali każdej, kolejnej zimy. Sztachety i słupki podzieliły los wszystkiego, co nadawało się do spalenia. Bracia nie oszczędzili nawet drewnianej podbitki na strychu i ocieplającej nieużywane teraz poddasze słomy. Wkrótce dach zaczął przeciekać i odsłonięta po zerwaniu desek podpodłogowa polepa zaroiła się od starych, rdzewiejących z roku na rok wiader i garnków zbierających deszczową wodę. Niezagrożona końcem swojej historii w palenisku zdawała się pozostawać kunsztowna, ciesielska konstrukcja dachu. Bogata w liczne zastrzały, rozchodzące się symetrycznie od nieskazitelnie rżniętych słupów. Pokryty ceramicznymi dachówkami dach dźwigał opadające w dół, perfekcyjnie równoległe linie wytyczane przez wciąż jeszcze solidne krokwie. Przecinały je prostopadle układane łaty, których drewno najszybciej ulegało destrukcyjnemu działaniu deszczowej wody. Nieco dalej, za ich dewastowanym domem, był sporej wielkości staw. Być może to resztkowa pozostałość po polodowcowym jeziorze, które częściowo już się skurczyło. Był to największy zbiornik wody w okolicy. W upalne dni zbiegały się tam dzieci z pobliskich zabudowań dla zaznania ochłody. Dalej szło się w kierunku lasu, schodząc w dół, z niewielkiego pagórka. Zalesienie stopniowo zagęszczało się aż do dzikiej gęstwiny, niemal całkiem rządzącej się prawami natury. Okoliczni mieszkańcy poza chrustem na rozpałkę zbierali tam leśne dary, głównie jagody, grzyby i zioła. Bezpieczną drogę do lasu, poprzedzały usytuowana w niecce podmokła łąka i splatające się z drzewami mokradło. Granica dzieląca te dzikie pastwiska od bagna nie była wyrazista. Żeby nie ugrzęznąć w zdradliwych zapadliskach trzeba było zrobić spore okrążenie i wejść do środka od cieplejszego południa. Zaraz na początku Starcowie zapuszczali się głęboko w leśne gęstwiny, zakładając śmiertelne pułapki na leśną faunę. Podobno pierwsi odkryli sekretne ścieżki przez bagna, dlatego zawsze udawało się im uniknąć konfrontacji z miejscowym leśnikiem. Bezpieczną drogą znosili do domu wyjętą z wnyków zwierzynę. Nie specjalnie lubili dziczyznę, ale w końcu to było darmowe mięso. Skórę, kości i wnętrzności zakopywali w dołach kopanych w gospodarskich pomieszczeniach, żeby ukryć ślady zakazanego łowiectwa. Nie byli rolnikami zwierząt nie hodowali, nie kosili traw i nie zwozili siana. We wszystkich gospodarczych zabudowaniach było sporo miejsca, żeby schować dowody przestępczego procederu. Bardo szybko w stajni i stodole zaroiło się od padlinożernych gryzoni. Gospodarze wcale z nimi nie walczyli. Zdawało się nawet, że zarówno ci, poruszający się na dwóch nogach, jak pomykających na czterech łapkach mieszkańcy upadającego gospodarstwa zaprzyjaźnili się ze sobą i żyli w symbiozie. Z pewnej perspektywy szczury, pomagając pozbyć się zalegających pod ziemią odpadów, były sprzymierzeńcami zdemilitaryzowanymi braci. Wykrycie dowodów aktywnego kłusownictwa, mimo dobrych relacji w komunistycznych władzach, mogło skomplikować ich stabilne życie.

(brudnopis 8)
Poród w domu Elzy, samodzielnie odebrany przez mężczyznę pozostawił niezatarte wrażenie w głowie Manfreda Haasa. Lekarz wielce zadziwił się słysząc, że było to pierwsze akuszerskie doświadczenie Zygfryda.
Dostrzegł w tym młodym człowieku niezwykle rzadkie u mężczyzn, samorodne talenty, przydatne do zawodu położnika. Przede wszystkim podziwiał jego imponującą empatię i umiejętne reagowanie na stresującą sytuację. Szokowało wręcz stoickie opanowanie wobec widoku tak niecodziennej ilości krwi oraz eskalującej lawinie okrzyków pacjentki, nie radzącej sobie ze wzmagającymi się bólami. Ujrzawszy potencjalnego następcę stary doktor bardzo się podekscytował. Z całkowicie nie pasującą do jego charakteru intensywnością, zdawał się usilnie namawiać Pastora na podjęcie kierunkowych studiów akademickich. Czynił to z wielka nadzieją na przygotowanie zaufanego sukcesora, co pozwoliłoby mu samemu przejść w niecierpliwie oczekiwany stan spoczynku. Po cichu marzył już o emeryturze, niezachwianym, trwającym aż po kres swoich ziemskich dni spokoju. Widział już siebie wypływającego na sięgające po horyzont szare błękity wielkiego jeziora, leniwie budzącego się przed świtem. Śnił jak bezszelestnie przecina jego nieskazitelnie płaską taflę, delikatnie marszcząc wiosłami jego powierzchnię. Manfred Haas był u siebie, nie opuścił swojej małej ojczyzny podczas żadnej z obu fal wielkiego exodusu niemieckojęzycznej społeczności. Część uciekała z własnej woli, zatrwożona brutalną przemocą Czerwonej Armii. Reszta została przymusowo wywiezionych podczas planowych wysiedleń, przeprowadzonych już przez nową władzę. Owdowiały przedwcześnie medyk od dawna praktycznie był już wrakiem człowieka, wyczerpanym latami obciążającej fizycznie i psychicznie pracy. Wiele razy w obliczu wojennego stresu podejmował szereg heroicznych wyzwań. Teraz dźwigając ułomności swojego więdnącego ciała, angażował nazbyt wiele energii, by podołać prostym zadawałoby się przeciwnościom. Region Prus Wschodnich został najpierw niemal wyludniony, a następnie ponownie zapełniony wielokulturową mieszanką ludzi w skrajnie różnym wieku, społecznym statusie i poziomie wykształcenia. Przybysze wieźli ze sobą liczne schorzenia, nieleczone podczas działań militarnych, wielu nie było nawet zdiagnozowanych. Etaty w służbie zdrowia nie były obsadzone nawet w szczątkowym procencie. Większość aktywnych tutaj wcześniej medyków nie przeżyło wojny, reszta wyjechała. Zygfryd jednak nie uległ sugestywnym perswazjom i zachętom starego doktora. Dramat w domu sąsiadki odbiło się echem w całej okolicznej społeczności, chociaż niewielu zostało wtajemniczonych w rzeczywisty przebieg zdarzeń. Ich bohater potraktował swoją postawę jako dar Boga, który wyłącznie na potrzebę chwili podpowiedział mu, jak trzeba się zachować. Dla niego samego to wcale nie było łatwe przeżycie. Nie widział siebie w roli lekarza ludzkich ciał, lecz dusz. Podjął już decyzję co do swojej przyszłości i pozostał w kwestii tej niezmienny. Jednakże przypadkowe doświadczenie w domu sąsiadki nie pozostało zupełnie pozbawione wpływu na jego dalsze życie. W dłuższej perspektywie sprawiło, że duszpasterz uzyskał swobodny dostęp do porodów własnej żony. Greta za każdym razem bardzo tego chciała. Wdzięczna była za obecność męża, który zapewniał poczucie bezpieczeństwa i tak jej potrzebną siłę. Mimo życzliwym propozycjom pomocy kobiet z religijnej wspólnoty, to Pastor był jedynym aktywnym pomocnikiem pierwszych dwóch porodów w ich rodzinnym domu. Wszystkie pozostałe odbyły się już w szpitalu, ale tam również obecny ich ojciec. Kiedy rodziły się kolejne jego dzieci, Zygfryd Mantei był już znaną i powszechnie szanowaną osobą. Jedynym i absolutnie odrębnym wyjątkiem okazał się przypadek trzeciej córki, która jako jedyna wymagała przeprowadzenia zabiegu cesarskiego cięcia. Trzeba przyznać, że Zuzia była specyficznym dzieckiem. Miała wrodzoną potrzebę ukrywania wszystkiego, co jej dotyczyło tak głęboko, jak tylko było to możliwe. Od pierwszych lat samodzielnego poruszania się dziewczynki po okolicy, pod poduszką jej łóżeczka można było znaleźć jakieś stare blaszane pudełko lub kartonik. To były jej pierwsze sejfy, napotkane i zaanektowane podczas zabaw przy drodze lub na strychu. Wkładała tam swoje skarby: piękne kamyczki, pogubione przez kogoś koraliki a czasem koślawe patyczki lub kawałki kory, udające figurki postaci z jej dziecięcych zabaw. Nieco starsza już Zuzanna prowadziła sekretny pamiętnik, którego nikomu nie pokazywała. Wspinała się na ogromny dąb i siedząc w rozpadlinie dwóch głównych konarów dzieliła się swoimi tajemnicami z papierowym powiernikiem, tylko jemu bowiem ufała. Ponoć każdy z nas ma naturalną potrzebę dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami. Stanowi to o naszym społecznym i wspólnotowym DNA. Pastor postawił kiedyś hipotezę, że schorzenia psychiczne, objawiające się imaginowaniu nieistniejących postaci wiążą się z tą właśnie niespełnioną potrzebą i są próbami pokonania wrodzonej nieśmiałości lub uprzedzeń wobec współistniejących najbliżej nas bliźnich. Po każdym kolejnym wpisie, rozejrzawszy się dokładnie wokół, Zuzia chowała diariusz do znanej tylko jej dziupli starego tego starego drzewa. Inne niecodzienne powszechnie zauważane zachowanie dotyczyło przedmiotów, które były z jakiegoś powodu były dla niej tak ważne. To szczególne poczucie i potrzeba nieskażonej relacji z przedmiotami kończył się, gdy obiekt jej specjalnej więzi został odkryty przez kogoś innego. Nagle stawał się nic nie znaczącym kawałkiem materii. Reagowała zatem podobnie do ptaków porzucających czasem pisklęta dotknięte ludzką ręką. Kiedy te unikatowe cechy Zuzanny zostały zdekonspirowane, zaczęto się doszukiwać podobnych jej zachowań na wcześniejszych etapach życia. Przypomniano sobie jak ciężko było ją przewijać, bo tak mocno przyciskała do siebie pulchne nóżki. Zapewne również dlatego najszybciej z całego siedmioosobowego rodzeństwa zaczęła korzystać z nocniczka. Nie chciała również, by ktokolwiek asystował przy jej kąpieli. Wspominano, jak każda niemowlęca zabawka była jednorazowa. Szybko znikała, gdy pojawiła się w jej niezdarnych rączkach. Kiedy już odnajdywano zgubę i ponownie przyniesiono dziewczynce nie chciała się nią już bawić. Wreszcie ktoś połączył jej wyjątkową skrytość z momentem porodu i wywnioskował, że wówczas również z tego powodu długo opierała się przed wyjściem z matczynego łona. Zaniepokojenie tym lekarze zdecydowali się zastosować skalpel, czując wręcz zagrożenie życia i zdrowia obu niewiast.

cdn

HomeBonTon
HomeBonTon.ca jest polskojęzycznym magazynem dla tych wszystkich, dla których dom jest nie tylko miejscem spożywania posiłków i snu. Dom jest szczególnym centrum, wokół którego toczy się życie rodziny. Jest oazą spokoju. Dom jest także niezwykle trwałą inwestycją, dla większości najważniejszą inwestycją  dorosłego życia.

NACZELNY…

Naczelny pisać może…

grafika
Jestem Naczelnym od urodzenia, wyssałem to z mlekiem mamki
Kocham ten Tytuł więc podpisuję nim wszystkie swoje pisanki
Pisanie lubię, rymuję przy tem, tak zgrabnie jak ja potrafię
Nie zawsze jest to rym doskonały, czasem więc “kulą w płot trafię”
Uwielbiam czytać swoje wersety, bo dla mnie są wręcz wspaniałe
Chociaż nie wszystko jest w nich bez skazy, ja lubię je, bo napisałem.
Inni się krzywią i wybrzydzają, że “dziwne”, i śmiech wybucha…
W opinii wielu, wszystkie pasują jak kwiat do mojego kożucha
Głaszczę swój kożuch, bo to okrycie przed wszą krytyką mnie chroni
Piszę bo czuję, że mam ochotę, i nigdy mi nikt nie zabroni.
Mogę bez obaw, siedząc przy oknie, tekst swój utrwalać bezczelny.
Piszę bo jestem, jestem więc piszę, i podpisuję: Naczelny.

HomeBonTon